Korona Sokołowska

Rzecz miała miejsce 24 października 2020 roku.

Alpy

Spakowaliśmy się na wyjazd w Alpy – raki, lina, sprzęt biwakowy, a potem z niepokojem sprawdzamy prognozy, obawiając się zagrożenia ze strony żywiołów. Zagrożenie przyszło jednak z innej strony, bo z powodu wirusa wjazd do Niemiec jest utrudniony. No cóż, nie mogę spędzić z żoną weekendu w namiocie na lodowcu, ale uświadamiam sobie, że w ostatnich dniach zaliczyłem 2x Ikeę, 2x Castoramę i 2x Decathlon. Czyli logicznie rozumując na chorobę najbardziej narażeni jesteśmy w terenie odludnym, za to bezpieczniejsze zdecydowanie są kolejki w Ikei.

Tatry

Decydujemy się zatem pojechać w Tatry Słowackie. Odpalam silnik, wyjeżdżam za bramę i jeszcze łapiąc WiFi rzucam okiem w Internet. A tam – na Słowacji zakaz wychodzenia z domu bez świeżego negatywnego wyniku testu na Covid.

Karkonosze

Wybieramy zatem opcję Czeskich Karkonoszy. Wspinać się tam nie będziemy, ale układamy sobie długą trasę po szlakach, po których jeszcze nie chodziliśmy. Suniemy przez A4, zjeżdżamy na Strzegom i żartujemy sobie, że jesteśmy już bardzo zmęczeni, bo byliśmy dziś w Alpach i Tatrach. I wtedy Asia dostaje informację, że do Czech w celach turystycznych wjechać nie wolno.

Góry Suche i Kamienne

Zawracamy i skręcamy na Żarów i wtedy pada ostateczna decyzja: Andrzejówka i Korona Sokołowska. Do zdobycia jest 10 gór jednego dnia, co jest już samo w sobie zacnym celem. Dodatkowo Asia rzuca temat, by przy okazji załatwić inny temat – zdobycia 40 punktów GOT jednego dnia. To by ułatwiło jej spełnienie wymogów do przystąpienia do egzaminu o wyższy stopień przewodnicki. Ja lubię korony, Asia potrzebuje punkty, a Aga to już w ogóle zmotywowana chęcią…

…zakosztowania normalności i zapomnienia choć na chwilę o ogólnoświatowej pandemii strachu i absurdów, czyli podsumowując: zdążyć zanim znów zamkną lasy!

Trasy opisywać ze szczegółami nie zamierzam, bo to każdy może sobie samemu zaplanować i zrealizować we własnym zakresie. Jednak z Sokołowskiem i okolicą wiąże się wiele interesujących historii. Zapraszam na stronę prowadzoną przez Marka Hostyńskiego.

„KORONA SOKOŁOWSKA to propozycja trasy okrężnej po Górach Suchych, które otaczają Sokołowsko (zwane Śląskim Davos). Trasę możesz przejść w jeden dzień, weekend lub trzy lata, wszystkie techniki dozwolone. Na stronie znajdują się też propozycje innych tras.
Wykaz szczytów, kolejność przypadkowa.
Włostowa 903
Stożek Wlk 841
Bukowiec 898
Suchawa 928
Katarzyna 713
Waligóra 936
Kostrzyna 906
Wzgórze Niepodległości 725
Łysa Góra 770
Garbatka 797”

My wystartowaliśmy o 9-tej spod Andrzejówki i weszliśmy w określonej kolejności na wszystkie szczyty Korony Sokołowska dorzucając jeden extra – Stożek Mały, a o 17-tej byliśmy z powrotem pod Andrzejówką.

Zjedliśmy, przepakowaliśmy się i postanowiliśmy zakosztować „wiatingu”, czyli spędzić noc w niedaleko położonej wiacie. Przed snem jednak dorzuciliśmy już w kompletnych ciemnościach parę kilometrów szlakiem po to, by mieć pewność, że zdobędziemy wystarczającą ilość punktów GOT dla Asi. Dzień zakończyliśmy z wynikiem 32km i 1300mH. Czy daje to 45 GOT? Mam nadzieję, że tak.
Noc we wiacie upłynęła względnie wygodnie i spokojnie, choć pewną ciekawostką jest to, że ruch na szlaku miał miejsce przez calutką noc i niejednokrotnie w ciągu nocy zaglądały do nas kulturalne grupy turystów.

tekst: Dziku

PS. Na drugi dzień przed odjazdem weszliśmy jeszcze na Jawornik Wielki w Górach Złotych




Grzyby w uprzęży, czyli weekend wyciśnięty do cna

Tekst napisałem prawdopodobnie krótko po powrocie z tego wypadu, czyli jakoś w październiku 2019 roku. Jednak natknąłem się na niego dopiero teraz i dopiero w grudniu 2020 zamieszczam go na stronie.

Od siebie

Podejmowanie się aktywności przychodzi mi łatwo, ale nie jest to też tak, że chce się zawsze i wszystko. Jak każdy, ciągle potrzebuję motywacji i najlepiej kiedy jest to ta motywacja, która pochodzi z wewnątrz. Ale nie tylko, bo jak każdego motywują mnie też pozytywne i zachęcające słowa od osób trzecich. Pewnie, że w góry chodziłbym nawet, gdyby nikt tego nie pochwalał, albo gdyby – co gorsza – wszyscy mieli to gdzieś. Ale czuję, że jest w tym coś więcej, kiedy słyszę, że to co robię kogoś inspiruje, albo, że przynajmniej wydaje się dla niego interesujące.

Co jeszcze mnie motywuje? Zdrowie, a właściwie każdy sygnał o jego braku. Bolący kręgosłup lub noga powoduje, że chcę więcej ćwiczyć. Podobnie jak wszelkie problemy w strefie duchowej, psychicznej: ruch i góry leczą mnie absolutnie ze wszystkiego. To, co dla jednych bywa wymówką, dla mnie jest siłą napędową do działania.

Czego się wystrzegam? Nudy i marazmu. Nie wszystko nas musi kręcić, ale absolutnie ze wszystkiego można wynieść jakieś nauki, jakieś wnioski. Ważne, żeby być tu i teraz, całym sobą. I wtedy z wycieczki na Borową możesz wynieść takie emocje, jakby się właśnie wysoki alpejski szczyt zdobyło.

A jak może wyglądać niezwykły zwykły weekend? Krótki pamiętnikowy wpis poniżej. Rzeczy działy się 28 i 29 września 2019 roku.

Marsz

Przed 7 rano jestem na szlaku. Wchodzę z Marianówki na Igliczną, schodzę do Międzygórza i wracam innym szlakiem, by była pętelka. Rezultat: 10km w 1h46’, a było to możliwe dzięki temu, że w nocy przeprowadzony został sumienny proces aklimatyzacji, której skutki odczuwałem jeszcze rano (wyjazd integracyjny z ludźmi z pracy). Podobnie jak pod Szczelińcem i tym razem dobrze znana ekipa zadbała o to, żebym nie wyszedł na szlak niezaaklimatyzowany. Na wszelki wypadek całość przeszedłem na czczo.

Skałki

Po śniadaniu podjeżdża Aga i idziemy się powspinać. Prowadzimy po 2 drogi, ale jakoś na więcej nie mamy spręża, więc Aga wpada na pomysł, by pozbierać…

Grzyby

Pierwszy raz zbieram grzyby w kasku i uprzęży obwieszonej szpejem. Aga szaleje, co chwilę schyla się po zdobycz, na koniec znajduje grzyby mutanty.

Wycieczka

Kiedy wracam do ośrodka ekipa jest jeszcze w Międzygórzu, więc proszę małżonkę, żeby mnie podwiozła. Asertywnie mi odmawia życzliwie wskazując jakąś drogę w pole: „zajdziesz tam niewiele później, niż ja zajadę” – tako żekła. Pokonuję zatem pieszo te 3 i pół kilometra i szukam knajpy, z której będą dochodziły najgłośniejsze, najdziwniejsze, ale i najweselsze odgłosy. Potem posiłek regeneracyjny i całą grupą wracamy piechotą do ośrodka. Wieczorem przebiega dalszy proces aklimatyzacji przygotowujący do jutrzejszego ataku szczytowego.

Czarna Góra

Rano zabiera mnie Mamowóz i jedziemy z dziećmi na Przeł. Puchaczówkę. Stąd, głównie piechotą, częściowo na rękach a czasem w wózku podchodzimy z Ma (rocznik 2017) i Mi (rocznik 2016) zboczem Czarnej Góry. Podczas wejścia spotykamy wielu życzliwych ludzi, od których moje dziecko słyszy „dasz radę!”. Ale mija nas też bardzo depresyjna grupa, która pomimo prób obrony sieje w nas tekstami, że nie wejdziemy, że tam wyżej jest gorzej, że są kamienie i korzenie, że nie mamy szans i to się nie uda choćby nie wiem co… Zwątpiłem, ale nie w nasze możliwości, lecz w ludzi. Chwilkę otrząsamy się po tym spotkaniu i w dobrych humorach zdobywamy we czwórkę szczyt o wysokości 1205 m n.p.m. Na szczycie mocno wieje, trochę też pokropiło. Misiek choć trzyma się świetnie, to jednak nieco pęka i pyta mnie, dlaczego jego kuzynka leży teraz na leżaku nad basenem w Turcji, w 30 stopniach ciepła, a on chodzi po kamieniach i patykach, które są w dodatku brudne. No cóż synu, nikt nigdy nie mówił, że z takimi rodzicami będzie łatwo.

Góry Opawskie

Po obiedzie wpadamy jeszcze do Nysy do drugiej babci. Przypominam sobie tutaj, że kolega ostatnio zostawił buty w schronisku pod Biskupią Kopą. Podjeżdżamy z Agą do Jarnołtówka i pędzimy na górę. Po kilku minutach widzimy tabliczkę: Schronisko 1h 30min. Nie może być o tym mowy – mamy co najwyżej godzinę na całość. Po 33 minutach jesteśmy na miejscu; zgarniam buty, kupuję batonika i po chwili pędzimy na dół. Tam, gdzie zaczyna się łagodniejszy teren zaczynamy biec i szybko meldujemy się przy aucie. Całość (6,6km) zajmuje nam 59 minut.

Powrót

Po odebraniu dzieci udajemy się w kierunku domu. Docieramy do niego dopiero koło 22:30. Z domu wyszedłem w piątek rano. Co za weekend!




Powrót ze strefy śmierci, czyli Wzgórza Strzelińskie

Prolog

Na tę WYPRAWĘ nie byłem przygotowany ani psychicznie ani fizycznie. W ostatniej chwili, z powodu silnego wiatru zrezygnowałem ze znanego mi terenu w Górach Złotych i udałem się w teren obcy i przez to mniej bezpieczny – Wzgórza Strzelińskie. Już przygotowania wieczorne dały przedsmak tego co mnie miało czekać. Zjedzone na kolację ostrygi (albo co innego to było, ale przypuszczalnie pochodziło z Morza Bałtyckiego) spowodowały w moim wnętrzu spustoszenie. Teraz już wiem, że owoce morza zjada się jak jabłka – zostawia się ogonki. Zjedzenie ich w całości to błąd, który spowodował, że z kibelka wyszedłem w znacznie gorszym stanie, niż po jakimkolwiek marszu. A może to po prostu stres? W każdym razie mój rozgorączkowany zezwłok znękany potami podniósł się o 6 rano z łóżka chyba tylko dzięki wsparciu członków rodziny, którzy wieczorem podtrzymywali mnie na duchu:

Mama – „Naleję Ci whisky”.
Aga – „Zrobisz rano 30km to rozchodzisz”.
Dzieci – „Tato, idź sobie w góry, ale nikogo ze sobą nie ciągnij”.

Epilog

Do 29km szło całkiem nieźle, potem jednak położyłem się pod drzewem i przykryłem liśćmi bezskutecznie rozglądając się za miejscem, gdzie mógłby wylądować helikopter. Ze strefy śmierci wyciągnęła mnie żona, która uśmiechnięta, idąc w jeansach i niosąc mój plecak zachęciła mnie do dalszego marszu podkreślając, jak to się dobrze czuje. Prawdopodobnie mój stan spowodowany był niewłaściwym ułożeniem jelit, które od parunastu godzin nie mogły się rozplątać oraz tym, że to jednak ja torowałem szlak w najtrudniejszych miejscach, gdzie wiatr nagromadził zaspy z liści sięgające kostek. Doczołgawszy się do auta i przez kolejne 40 minut utrzymując jedynie na wpół otwarte oczy i prowadząc pojazd dotarłem do Base Camp, w którym gospodaruje moja mama. Tam resztę wieczoru leżałem na łóżku nie mogąc się rozgrzać. Tak źle czułem się do tej pory jedynie w namiocie w Alpach zimą.

A na drugi dzień obudziłem się zdrów i pełen sił – czyli jednak podobnie, jak rok temu – i tym razem udało się jakieś dziadostwo rozchodzić.

PS. Dlaczego 32km? Wymyśliliśmy sobie nową tradycję, że każdego roku przynajmniej raz przejdziemy dystans równy naszemu wieku. Tydzień temu zrobiłem swoją 40-tkę a dziś była kolej Agi i kazała mi tu dopisać, że to była jej inicjatywa i dodatkowy wysiłek, żeby jeszcze mnie ze sobą wywlec. Brawo Aga!




40-tka i dlaczego warto dbać o jajka

Etap 1 – tam

O 6 rano dojeżdżam do Złotego Stoku. W trasie towarzyszyły mi gęste mgły, a klimatu dopełniał album Alternative 4 Anathemy (kawałek 8.Regret – ACH!). Wychodzę na szlak i pierwsze kilometry pokonuję w świetle czołówki. Potem się przejaśnia i to właśnie wtedy jestem świadkiem najpiękniejszych zjawisk. Czasem biję się z myślami czy robić zdjęcia czy sobie odpuścić, ponieważ od początku marszu mam zmarznięte ręce. Wynika to z tego, że często sprawdzam na telefonie trasę – nie chcę się pomylić. I tak wiem, że coś dorobię w marszu, bo nie ma siły, żeby idąc przez 8h być w 100% skupionym na szlaku. Widoczki, jakie mi towarzyszyły były wspaniałym i wystarczającym urozmaiceniem samotnego marszu.

A cel był dla mnie życiowy – 40 km szybkiego marszu, do tego 1710 m przewyższenia w górę i tyle samo w dół. Zważywszy, że jeszcze stosunkowo niedawno kulałem po paru kilometrach to było się czym stresować. Dystans jednak łykałem w wymarzonym tempie, szło się równo i przyjemnie, więc ani się nie obejrzałem, jak zszedłem do Lądka Zdrój, czyli połowa trasy była za mną. Gdy przeszedłem na drugą stronę miasteczka zobaczyłem ławeczkę i stwierdziłem, że to dobre miejsce by sobie troszkę dłużej odpocząć (czytaj 10 minut) ponieważ jak do tej pory nie przystawałem ani na chwilę. I wtedy zobaczyłem TO.

Widzieliście kiedyś zarzygane ciuchy? Takie po imprezie, co to się żarło łychą sałatkę – bo jak zjesz to mniej wóda sieka – a potem się człowiek obudził rano i wmawiał sobie, że wcale pijany nie był tylko się czymś zatruł albo, że było o ten jeden kieliszek za dużo. W moim plecaku wyglądało, jakby kto tam takie ciuchy upchał. Jajka, jakie niosłem by zjeść z dziczyzną na szybki obiad w marszu były rozgniecione na miazgę i były wszędzie – kawałki znalazłem nawet w termosie. Jak przez 25 km miałem świetny humor tak teraz jakby się popsuł. Straciłem nieco animuszu, że tak delikatnie to ujmę i zabrałem się za sprzątanie. Tutaj muszę podziękować sponsorowi, czyli Sołtysowi Malerzowa, który prowadząc sklep zasponsorował mi na ten marsz 2 nowiutkie woreczki foliowe. Ich przeznaczenie miało być inne ale w tym momencie odratowały resztki mojego morale ponieważ to do nich schowałem puchówkę i inne oczyszczone z jajka rzeczy.

Etap 2 – z powrotem

Ze zwieszoną głową ruszyłem w dalszą drogę, czyli rozpoczynający się w tym miejscu etap powrotny. Mijając domostwa wrzucałem do kubłów na śmieci resztki po jajowych porządkach. Jak już myślałem, że mam to za sobą to zobaczyłem upieprzony kołnierz kurtki. Co ciekawe to nie puści to nawet po wypraniu w pralce (z praniem wstępnym!). O tym, jak duży wpływ na morale miała ta akcja z jajkiem niech zaświadczy to, że kiełbasę z dzika zawiozłem z powrotem do domu. Wszystko dlatego, że sama myśl, że mam do plecaka wkładać rękę powodowała, że przez resztę trasy traciłem chęć do jedzenia.
Być może dlatego, a być może nie – w okolicy 33-go kilometra złapał mnie kryzys. Taki dziwny, bo nic mi niby nie dolegało ale jednak czułem się źle. I ten kryzys jak się pojawił tak szybko zniknął, w efekcie czego do 40-go kilometra czuję się tak świetnie, jak czułem się na początku trasy.

40 kilometrów przechodzę w mniej jak 8h, z czego jestem bardzo usatysfakcjonowany. Równo po minięciu 40-go kilometra siada mi kolano, więc ostatnie 2 km kuleję do auta. Nie jest to jednak żaden problem, bo satysfakcja jest ogromna.

Choć plan przejścia tego dystansu pojawił się zaledwie tydzień temu to był on dla mnie niezwykle ważny i myślę, że będzie on miał wpływ na moje dalsze plany.

Przejście miało miejsce 19 grudnia 2020 roku.
Finalny wynik to 42,38km w 08:23:42

Co jest potrzebne na taki marsz?

Pakowanie na taką akcję trwa kilka minut, a to co należy zabrać to:
Na sobie:
1. czapka
2. rękawiczki polarkowe
3. koszulka termoaktywna z merino
4. polar
5. spodnie (materiałowe lekkie)
6. adidaski
7. majtki
8. skarpetki

Przy sobie:
1. chusteczki higieniczne
2. kanapki
3. herbata
4. woda
5. mleczko w tubce
6. kiełbasa z dzika
7. nawigacja (telefon)
8. kurtka przeciwwiatrowa (użyłem sporadycznie, obeszłoby się)
9. kurtka puchowa (nie użyłem, ale była na wypadek kontuzji, spadku mocy)
10. czołówka

Unikać:
1. jajka

(Und keine Eier… przypomina mi się kawałek Tool – Die Eier von Satan)




Sposób na deszcz – część 2

To był jeden z tych weekendów w roku, kiedy miejsce i towarzystwo sprzyjają, by człowiek odciął się od wszelkich zmartwień. Jednak pomimo wszechogarniającego luzu nie potrafiłem odmówić sobie treningu, tym bardziej, że byliśmy w górach.

Marianówka, 26 września 2020: budzę się o 6:29. Spakowany, tylko w buty wskoczyć i można lecieć na Śnieżnik.
Po zaledwie 20 minutach marszu zaczyna padać deszcz i jest nieprzyjemnie zimno. Ale nie wieje (bo wiadomo, że najgorszy jest wiatr), więc pomimo paskudnej pogody prę dalej.

Po zaledwie 2h04′ wchodzę do Schroniska pod Śnieżnikiem. Tu zamierzałem się ogrzać i podsuszyć, ale niestety o tej porze jeszcze nie palili w piecu. Skorzystałem więc z możliwości wypicia gorącej herbaty z cytryną (wcale nie było z tym łatwo, ale o tym poniżej). Koszulkę, którą już w podobnych warunkach miałem sprawdzoną [link do tamtej relacji] zdjąłem, wycisnąłem z niej wodę i pozostawiłem na krześle. Szybko ostygła i już nie zaryzykowałem założenia jej na siebie, bo mogłaby mnie wychłodzić zanim ja zdążyłbym ją ponownie ogrzać. W ten sposób pozbawiłem się solidnej pierwszej warstwy. Zostałem z cienką syntetyczną bluzą i kompletnie przemoczoną kurtką. Bufka z głowy podzieliła los koszulki i razem wylądowały w plecaczku.

Miejsce: Schronisko
Bohaterowie 1-go planu: Dziku jako jedyny klient schroniska i 2 pracowników kuchni.
Bohaterowie 2-planowi: brak
Bohater 3-planowy: Kierownik
Proszę kierownika o herbatę. Kierownik wychodzi.
Proszę pracownika kuchni o herbatę i słyszę, że muszę poczekać na kierownika.
Proszę pracownicę kuchni o herbatę i z odpowiedzi dedukuję, że bez kierownika nie da rady.
Pytam panią ponownie, czy naprawdę nie może po prostu zalać wrzątkiem torebki herbaty.
Pani nie rozumie, a jak odpowiada to ja jej nie rozumiem, ponieważ jest prawdopodobnie z Ukrainy.

Założyłem na przemoczone skarpetki chlupiące buty, przeprosiłem kierownika za pozostawione kałuże i popędziłem w dół. Nie czułem się zbyt pewnie, ponieważ nie bardzo mogłem już sobie pozwolić na błąd. Formą zabezpieczenia mógłby być schowany na czarną godzinę i zabezpieczony przed wilgocią polar lub termos z gorącym napojem. Niestety nie miałem żadnej z tych rzeczy, więc jeśli zgubię szlak i wydłużę zejście, lub jeśli np. zacznie wiać to może być cienko.

Szlakiem już w tym momencie płynie rzeka. Czasem idę czasem biegnę rozbryzgując na boki wodę. Średnio co 8 minut słyszę z plecaka: „przebyłeś 1km… 2km… 3km…” i po godzinie jestem już za połową trasy. Tak jak podejrzewałem nie udało mi się w zejściu rozgrzać więc zaczynam układać w głowie plan, co zrobię jak dotrę do pensjonatu. Na początek gorąca kąpiel? A może coś zjeść? Przebrać się w suche? A może…

…wszelkie dylematy rozwiała za mnie ekipa i gdy tylko wpadłem do ośrodka dostałem „środek antywirusowy” z zaleceniem kontynuowania kuracji.

Sumarycznie: pokonanie 1100mH w górę i w dół na dystansie 24,6km idąc i biegnąc zajęło mi 3h49′.
Wchodząc w 2h04′ pokonałem 12,8km (dwukrotnie zgubiłem szlak).
W zejściu dopilnowałem oznaczeń szlaku i finalnie 11,8km przebyłem w 1h45′.




Korpoturystyka – cz.3 – Śnieżka

fotografia powyżej: Michał Maciałko

Na „firmowy” wyjazd na Śnieżkę, który odbył się w lutym zapisy ruszyły w październiku. Wtedy też zarezerwowałem miejsce w schronisku na 12 osób, choć zakładałem, że jakieś 2 albo 3 osoby się zgłoszą. I tu olbrzymia niespodzianka nastąpiła, bo koniec końców pojechaliśmy w komplecie i żadnych miejsc nie trzeba było odwoływać.

Wypad przebiegł w 100% zgodnie z planem. Wszyscy zdobyli szczyt, a co niektórzy dwa razy, z czego raz nocą. Pogoda trafiła nam się jak ślepej kurze ziarno. Pomiędzy dniami, w których wiało i padało trafiło się jednodniowe okno pogodowe i to właśnie w tę naszą sobotę 8-go lutego.

Niestandardowa to rzecz dla mnie organizować wypad w góry dla 12 osób, jednak w tym przypadku nie było z tym związanych absolutnie żadnych trosk. Wszyscy przygotowali się jak należy, a ubrani i wyposażeni byli tak, że nie było się do czego przyczepić. Pewnie, że można było też pójść w dresach, adidasach, skarpetach stópkach, bo i takich osobników mijaliśmy. Cieszę się jednak i dumny jestem, że nasza ekipa przygotowana była na zimowe warunki. Dzięki temu było bezpiecznie i wesoło a na dodatek jedna grupa następnego dnia zrobiła bonusową trasę i w porywistym wietrze przeszła przez Słonecznik i zeszła do Karpacza okrężną trasą. Ta ekipa to Tomek, Sebastian i Romek.

Tymczasem pozostali, czyli Michał, Sławek, Mateusz, Łukasz, Ania, Aga, Dziku, Piotrek i Grzesiek zeszli tą samą drogą co poprzedniego dnia do samochodów. Wierzę, że wyjazd pozostawił pozytywne wrażenie i zachęcił, by szukać kolejnego wyzwania. Ale to już za rok dopiero, no chyba że…

tekst: Dziku
zdjęcia: Michał (te ładne), Dziku (te zwykłe)




Namiastka zimy – Keprník i Šerák poprawione

Zaledwie 3 tygodnie temu byłem tam właśnie. Jakieś 1,5 kilometra od Keprnika. I co? I dygotałem z zimna, a Aga tylko zapytała czy na pewno chcę tam iść. Od razu odpowiedziałem, że nie, że chcę wracać. Nie czułem się za dobrze i ten wypad niewiele wyjaśnił, bo po powrocie ani nie poczułem się gorzej ani lepiej.

19-go stycznia robię drugie podejście, biorę ostatnią dawkę antybiotyku i o 6-tej rano wsiadam w auto. Po drodze przesiadam się do Tomka („o ku..wa, znów się w coś wpieprzyłem!”) i po 3 godzinach jazdy jesteśmy w miejscowości Branna. I ogień.

Co potrzeba na taki niedzielny spacer? Nic. Dosłownie. Ale po co na głodniaka zasuwać: warto zabrać kanapki i termos z piciem. Na siebie zarzucić co nieco, ja po ostatnim wypadzie postawiłem na kalesony, Tomek szedł bez. I ogień.

Kilometry szybko uciekały spod butów, które się ślizgały na oblodzonym szlaku. Kijki ratowały nasze tyłki (dosłownie), bo bez nich tańce w niższych partiach zakończyłyby się upadkiem. Wyżej był stary śnieg – zmrożony, więc nie zapadaliśmy się, ale jednocześnie upewniający nas, że to nie październik. Ogólnie z zimą bida – skiturowcy i biegówkarze sporadycznie pojawiali się, ale w takich warunkach (symboliczna ilość śniegu, poza tym oblodzenia, ziemia i kamienie) sam bym się na narty nie wybrał.

W nieustannie padającym mokrym śniegu wskakujemy z Tomkiem na grzbiet i we mgle zdobywamy Keprnik. Tu spotykamy niezwykle pozytywną Czeszkę (stones, Keprnik, hurra!, hurra!), robimy zdjęcie i idziemy do schroniska. W schronisku pod Serakiem pijemy i posilamy się – po cygańsku w ganku, spożywając swoje. Potem ja wybiegam znaleźć wierzchołek Seraka, i udaje mi się to. Ale dopiero w domu się upewniam gdzie wlazłem, bo na miejscu pewien nie byłem. Wracam do Tomka i zasuwamy w dół. Docieramy do auta po 6,5 godzinach od wyjścia. Mój GPS pokazuje 27 km, Tomka 25. Jestem w to drugie bardziej skłonny uwierzyć, ale to bez znaczenia.

Najważniejsze dla mnie jest to, że czuję się doskonale. Żadnego zmęczenia, ani tego dnia, nawet po powrocie, ani następnego. Jedynie niewielki ból łydek, ale to taki co przyjemność sprawia, bo w końcu zrobiliśmy jakieś 37 tysięcy kroków, w tym sporo pod górę (około 1000 m przewyższenia).

Czuję się jak po rehabilitacji, absolutnie zregenerowany i zrelaksowany. Jak po terapii. To był wspaniały marsz, w którym nie było miejsca ani na lenistwo, ani na przeforsowanie. Wszystko idealnie, a na dodatek po drodze uczta u mamusi – obiad i deserek – mniam! I na wieczór w domu, tak by zdążyć dzieci w łóżku pocałować. Oj ile można upchnąć życia w taką zwykłą niedzielę, całe mnóstwo, tylko musi się chcieć.

Zaliczone:
Keprník – 1423 m
Šerák – 1350 m
w paśmie górskim Wysokiego Jesionika (czes. Hrubý Jeseník).




Inhalacja pod lufami

Polowanie na żółtym szlaku

Startuję z Bobrovnika (495 m). Wychodzę spomiędzy zabudowań, mijam stado owiec i wchodzę w las, gdzie w maskujących barwach pod drzewem sika pan. Nieco dalej jakimś cudem dojrzałem między drzewami drugiego typa, profesjonalnie wkomponowanego w otoczenie. Przy kolejnych osobnikach, którzy stali w równych odstępach na drodze lub tuż przy niej, zauważyłem strzelby (karabiny, sztucery, jak zwał tak zwał). Jeden z nich pokazuje na broń i mówi, że nie mogę pójść dalej, że polowanie. Coś mi w tym nie pasuje i nie mam ochoty wymyślać alternatywnego planu, tym bardziej, że nie widziałem na dole żadnego ogłoszenia, że szlak zamknięty. Koleś chyba widzi moje zdeterminowanie i macha ręką. Co 100, może 150 metrów mijam kolejnego typa z karabinem, ale z większością z nich nie nawiązuję kontaktu wzrokowego ani się nie odzywam. Oni też mnie nie zaczepiają. Nie wyglądam jak klasyczny turysta – idę szybko, bez plecaka, aparatu, mapy. Dodatkowo na czerwonym polarze widnieją naszywki. Być może dlatego, że na ramieniu mam plakietkę „wzorowy uczeń”, to jeden ze starszych myśliwych kiwa głową i salutuje.

Ostatni kilometr był bardzo stresujący. W lesie na dole usłyszałem ujadanie psów i kilka wystrzałów, poza tym od tego momentu myśliwi z karabinami stali w lesie po lewej stronie od drogi, a nie po prawej. Co oznacza, że ich lufy celowały w moim kierunku. Jeden z nich szeptem woła coś zza drzewa w moim kierunku. Patrzę na niego i oceniam, że jakiś młodszy od poprzedników i ma wyjątkowo wystraszoną twarz, wręcz przerażoną. Powtarza do mnie jedno słowo, ale nie jestem w stanie go zrozumieć. Jeszcze 3 stanowiska strzelnicze (łącznie z karabinem na rozstawionym na trójnogu) i dochodzę do skrzyżowania szlaków w miejscu nazwanym Javorik (704 m). W tym momencie słyszę sygnały z rogu, co może wskazywać na koniec polowania. Czuję ulgę, a dla spokoju ducha szukam po okolicy jakiejś informacji o polowaniu – nie znajduję żadnej. W miejscu, gdzie żółty szlak odbija w górę między krzaki stoi jeszcze jeden karabinier, ale to już ostatni. W sumie minąłem ich co najmniej 20-tu (nie wypatrywałem ich wszystkich) na dystansie około 3 km. Dziwi mnie to, że ktoś urządza polowanie na znakowanym szlaku turystycznym. Zastanawia mnie też, co ma w głowie dorosły człowiek, który czeka z bronią palną, aż mu inni nagonią pod lufę jelenia, aby mógł go zastrzelić.

Inhalacja

Kolejna zaskakująca rzecz, jaka mnie spotkała to ilość śniegu. Całkowity jego brak na dole (w Polsce nie widziałem śniegu nawet na podobnej wysokości) nie wskazywał nic na to, że będę kopał się w nawet 30 cm białego puchu. Całe szczęście ktoś przede mną rano przeszedł, więc miałem całą trasę przetartą. Po 2 godzinach docieram do turystycznej chaty (w rzeczywistości hotelowej restauracji) pod Serakiem (1350 m). Dokładnie w tym samym momencie dociera tu czerwonym szlakiem Aga z Ramzovej. Zadowolona, w spodniach od dresu, w dobrej formie pije czekoladę. Ja kaszlę i smarkam, nie mogąc się rozgrzać mając na sobie mokrą koszulkę i skarpety (nie zabrałem stuptutów). Bo ja tu tak w ogóle na inhalację przyjechałem – nie mogąc się pozbyć kaszlu i kataru od kilku tygodni stwierdziłem, że jak zrobię sobie taką trasę to sprawa zdrowia się wyjaśni – albo w tę, albo w drugą stronę. Niestety rozgrywka niczego nie dała, bo szło mi się dobrze, ale dobrze się czułem tylko, gdy byłem w ruchu:

850 m wysokości i 10 km przechodzę w równo 2 godziny.

Powrót

Wracamy częściowo niebieskim, a następnie zielonym szlakiem. Aga jest również zaskoczona ilością śniegu, lecz bardzo zadowolona z wycieczki. Oddaje mi swoje rękawiczki, bo jest jej ciepło i jak to zwykle bywa – ogólnie pozytywnie. Mi się ten nastrój udziela, bo z każdym krokiem w dół jest mi przyjemniej. Lecz na drugi dzień snuję się po domu jak zombi. Trzeba się podleczyć i zabrać do roboty, bo z taką kondycją to nie zabłyszczę w Alpach. A już za parę dni Nowy Rok i nowe plany…

Dziku




Sposób na deszcz (tylko dla psychopatów)

Mam za sobą 20 km marszu w nieustannie padającym deszczu. Stoję w gęstej mgle wśród połamanych drzew. Nie wiem, w którym dokładnie miejscu, bo mapy już dawno stały się mokrą kulką z potarganego papieru. Magicznej scenerii dopełnia zając, który przebiega gdzieś z boku i ginie we mgle. Na to wszystko wystarcza jeden telefon i PUF! Już stąpam twardo na ziemi i myślę, gdzie dorwę ziemniaki w niedzielę.

Prognoza pogody na sobotę nie pozostawiała żadnych nadziei. Nie pomagało nawet sprawdzanie na różnych portalach, wszędzie to samo – miało cały dzień padać. Wyjścia w góry w taką pogodę dotychczas się nie podejmowałem i nikomu bym też wcześniej tego nie zalecał. Dziś mam już o tym nieco inne zdanie.

Dziś mogę polecić sprawdzanie się w trudnych warunkach we względnie bezpiecznym terenie. Po co czekać, aż znajdziemy się w skrajnej sytuacji w Tatrach lub Alpach? Sprowokujmy sytuacje, w których nie chcielibyśmy się normalnie znaleźć: torowanie w śniegu? Deszcz? Wiatr? Siarczysty mróz? Przećwiczmy to wcześniej i wzmocnijmy psychikę! W przyszłości będziemy gotowi na więcej.

Ten wyjazd zaklepany był już dawno i nie wchodziło w grę odwołanie lub przekładanie na inny dzień. Trzeba będzie to przeżyć.

Wyzwanie podjęte

Najlepiej, jakbym to przeżył w stanie nienaruszonym. Dlatego pakuję do plecaka komplet ubrań na zmianę i trampki – wszystko popakowane w plastikowe worki. Dodatkowo na plecak nakładam pokrowiec. Wiem, co to znaczy doznać wychłodzenia z powodu deszczu. Tym razem jednak będę niżej, będzie cieplej i nie będzie wiało. Co nie zmienia faktu, że nie mam pojęcia jak się będzie szło i co z tego wyjdzie. Wiem jedno – jak już ruszę to nie będzie odwrotu. Zaplanowanej trasy ani nie skrócę znacząco, ani nie zrezygnuję w połowie. Do celu mogę dojść tylko trzymając się pierwotnego planu.

Odcinek 1 z 2 – Pola i lasy

Wychodzę z centrum Prudnika o godzinie 13-tej. Już po kilkuset metrach ściągam kurtkę i idę w samej koszulce z krótkim rękawem, zapewniając sobie tym samym najlepszą możliwą wentylację. I tak nie mam na sobie wodoodpornych ciuchów. Kurtka nie dość, że utrudniałaby marsz powodując spore pocenie się to jeszcze obstawiam, że jej nieprzemakalność skończyłaby się po 15 minutach.

Uwaga! To wcale nie znaczy, że nie ma sensu zabierać w góry kurtki przeciwdeszczowej. Potrafię sobie wyobrazić, że marsz w płaszczu, czy też kurtce miałby sens, gdyby iść normalnym tempem – czyli 2 razy wolniej.

Deszcz siąpi lub pada nieustannie. W połowie drogi, kiedy idę długie odcinki odkrytym terenem czuję się jak podczas brania prysznica. I co najważniejsze (to ta część dla psychopatów) – zaczynam się tym rozkoszować. Tak długo, jak utrzymuję komfort termiczny uczucie ściekającej po mnie wody jest przyjemne. Czuję się w tym wszystkim wyjątkowo dobrze, po raz kolejny zdając sobie sprawę, że nie jestem do końca normalny.

Żeby jednak utrzymać ciepło ciała muszę być cały czas w ruchu. Dlatego przez pierwsze 17 km nie zatrzymałem się ani razu. Dodatkowo pomagał fakt, że miałem na sobie najlepszą możliwą koszulkę. Ta pierwsza (i w sumie jedyna) warstwa wykonana była z cieniutkiego, lecz niezwykle miękkiego i ciepłego materiału. Chroniła przez zimnem nawet wtedy, gdy była kompletnie przemoczona. Niestety kupiłem ją za niewielkie pieniądze ponad 10 lat temu i nie mam pojęcia, z czego jest wykonana.

Odcinek 2 z 2 – Góry

Dopiero na 18-tym kilometrze robi się bardziej górsko. Na pierwszym stromym podejściu zaczynam się dziwnie czuć – lekkie zawroty głowy i uczucie oderwania od rzeczywistości spotęgowane jest gęstą mgłą, jaka mi teraz towarzyszy oraz tym, że do tej pory nie napiłem się ani łyka wody. Kiedy mijałem roślinkę, która mnie chamsko popchnęła stwierdziłem, że czas na pierwszy przystanek.

Roślinka była mała i wiotka – sięgała mi zaledwie do kolana, ale ewidentnie poczułem, że mnie popchnęła niczym jakiś łobuz na holu podstawówki. Mimo, że padał na mnie deszcz poświęciłem kilka minut by zjeść bułkę i wypić trochę wody. Momentalnie omamy przeszły i mogłem podjąć się dalszej wędrówki bez obaw, że będą mnie jakieś chude rośliny popychały.

Fizycznie czułem się świetnie. Nie odezwała się do tej pory (ani później) żadna kontuzja i nie odczuwałem zmęczenia przez cały czas trzymając bardzo dobre tempo. Kilometry uciekały spod nóg jak szalone.

Natomiast kondycja psychiczna spadła mi nieznacznie tylko dwa razy. Za pierwszym razem było to wtedy, kiedy dowiedziałem się, że mam do przejścia 2 km więcej niż myślałem. Za drugim razem, kiedy we mgle zgubiłem szlak. Wtedy to zrobiłem sobie drugi postój na picie i jedzenie. Wtedy też zadzwoniła żona i mówi do mnie:

– Dziku, mam dla ciebie zadanie bojowe; jak będziesz wracał musisz kupić ziemniaki. A pamiętaj, że jutro niedziela.

Mam za sobą 20 km marszu w nieustannie padającym deszczu. Stoję w gęstej mgle wśród połamanych drzew. Nie wiem, w którym dokładnie miejscu, bo mapy już dawno stały się mokrą kulką z potarganego papieru. Magicznej scenerii dopełnia zając, który przebiega gdzieś z boku i ginie we mgle. Na to wszystko wystarcza jeden telefon i PUF! Już stąpam twardo na ziemi i myślę, gdzie dorwę ziemniaki w niedzielę.

Końcówka

Stawiam wszystko na jedną kartę i zdaję się na intuicję – decyduję się nie wracać w poszukiwaniu szlaku, lecz trzymać kierunek i iść przed siebie. Opłaciło się, bo z czasem dochodzę do słupków granicznych i znów jestem na czerwonym szlaku. W domu to sprawdzę i dowiem się, gdzie poszedłem na skróty – po prostu strawersowałem zbocze Srebrnej Kopy.

Zdobywając szybko wysokość docieram na Biskupią Kopę i schodzę do schroniska. Zamawiam herbatę z cytryną i cukrem. Pycha!

Wskazania GPS

Dystans – 23,73 km
Czas trwania – 4g:17m:49s
Kalorie – 1754 kcal
Średnia prędkość – 5.52 km/h
Nowy rekord – 20 km w 3h:26m:06s
oraz
Nowe doświadczenie – można działać w deszczu!

Uwagi:
1. Całą trasę pokonałem w koszulce z krótkim rękawem i lekkich spodniach z materiału.
2. Buty trekingowe skórzane wyjątkowo dały sobie radę. Następnym razem zabrałbym jednak stuptuty, przedłużyło by to nieco ich wodoodporność.
3. Jako alternatywę dla treków rozpatrywałbym użycie lekkich butów sportowych, które po przemoknięciu nie będą tak ciężkie jak mokre treki.
4. Na ostatnie 3 km założyłem cienką czapkę i cienkie rękawiczki (na odcinek o najbardziej górskim charakterze).
5. Ciepło utrzymywałem dzięki szybkiemu i równemu tempu z zaledwie dwoma kilkuminutowymi przerwami.
6. Cała droga wymagała koncentracji i silnego skupienia, by nie zgubić szlaku.
7. Za drugim razem na taką pogodę zabrałbym termos z gorącym napojem (awaryjnie).

tekst: Dziku




Na jagody

Powyżej na zdjęciu Aga szuka jagód

Po gwałtownej sprzeczce z żoną mężczyzna spytał:
– Dlaczego nie możemy żyć w zgodzie, tak jak nasze dwa psy? One nigdy nie walczą.
– To prawda – zgodziła się żona. – Ale zwiąż je razem, a zobaczysz, co się stanie.

Powyższy cytat pochodzi z książki De Mello – „Modlitwa Żaby”. Tak sobie o nim przypomniałem w po powrocie ze wspinaczki z małżowiną. Ogólnie było spoko, bo wyduldanie butelki wina na skale oglądając zachód słońca zdecydowanie może zapaść w pamięć. Szczególnie, jeśli nie zabrało się korkociągu i do otwarcia przymierzyło się ze szpilką od namiotu i jebadełkiem. Cóż za niespodzianka była, gdy okazało się, że to afrykańskie białe wino było zakręcone nakrętką! No a potem namiocik w lesie i ogólnie styl „na dziko”. Jeden tylko kleszcz po mnie łaził, ale nie zdążył się wgryźć. Jak to kolega w pracy mawia: kto nie ryzykuje ten nie pije szampana.

Widok ze skały po skończonym dniu

Z tego pierwszego dnia pamiętam jeszcze to, że Aga utkwiła w trudnościach. A te polegały na tym, że w skale rosły jagody. Aga szarpała pazurami owoce i kiedy wchodziła na górę to myślałem, że ma hipotermię, bo usta miała przeraźliwie sine. Nie chodziło jednak o niską temperaturę, tylko o pożerane przez nią owoce prosto z krzaka.

A następnego dnia postanawiamy przejść grań 3 sióstr. No i po pierwszej siostrze siedliśmy na ławce i zastanawialiśmy się nad górskim rozwodem. Dokonaliśmy jednak korekty i ruszyliśmy dalej. Poszło gładko, bo tym razem kąty natarcia zasadzanych przeze mnie friendów satysfakcjonowały moją małżowinkę. Dokończyliśmy drogę i choć rozwiązaliśmy łączącą nas linę, to pozostaliśmy w związku.

To przejście było jednym z pierwszych kroków, by wspólnie zasadzić się na jakąś alpejską graniową przebieżkę. Na taką, co oferuje coś więcej niż człapanie. Czy w tym roku? Chyba nie. W przyszłym na pewno.

Dziku

„Są tam jagody?”




Kombinacja Ślężańska

Zdolność sprawnego pokonania dystansu około 25km wraz z przewyższeniem wynoszącym blisko 2,5 tys. m w górę oraz w dół pozwoli na szybkie zdobycie co najmniej kilku alpejskich 4-tysięczników.

Ciężki temat

Plan szybkiego przejścia tej trasy chodził mi po głowie od jakiegoś czasu. Zostałem jednak zniechęcony w brutalny sposób, kiedy to w rozmowie ze świeżo poznaną osobą dowiedziałem się, że osoba ta niedawno zrobiła sobie podobny trening. Z tą różnicą, że kolega, z którym rozmawiałem nie wchodził na Ślężę, lecz na nią 3 razy wbiegł.

To już drugi raz, kiedy zostałem obdarty z poczucia wyjątkowości. I to jeszcze zanim się za inicjatywę zabrałem. Ostatnio w Alpach też zostałem sprowadzony na ziemię, planując szybkie wejścia w weekend na dwa 4-tysięczniki, a tymczasem inny kolega podczas tego samego wypadu zdobył oba jednego dnia. Jakby tego było mało, to jeszcze był to jego pierwszy w życiu wypad w Alpy. Był natomiast wcześniej na Waligórze (zimą!).

No i weź tu teraz odnajdź się w takiej rzeczywistości. A tu już dziennikarze powiadomieni, dzieci z kwiatami na szlaku czekają. A człowiek nagle widzi, że jest maciupki jednak i lepiej, żeby nie kozaczył za bardzo bo po uszach dostanie. Pokora, pokora i jeszcze raz pokora. Nigdzie się tego lepiej nie nauczysz jak w górach.

Którędy na Ślężę

Zatem pojechałem w niedzielę rano na przełęcz Tąpadła zamiast do kościoła. Ale jak to Pan Heschel powiedział: „Ja idąc modlę się nogami”.

O 6:26 ruszam na szlak a już o 6:55 cykam pierwsze zdjęcie pod krzyżem. Dosłownie w momencie wymarszu zmieniłem decyzję i postanowiłem podejść żółtym a zejść na koniec niebieskim szlakiem. Nie wiem czy to dobrze, bo nacierpiałem się co nie miara na tym drugim. Ale to potem.

Ze szczytu schodzę innym niebieskim, wpadam na czarną pętlę i dobijam do żółtego przy schronisku Pod Wieżycą. Tu widzę na znaku, że na szczyt jest 1,5h. Śmieję się z tego, bo czuję się świetnie i wiem, że mogę to skrócić 3-krotnie. Jeszcze mogę się śmiać, ale potem dostanę za swoje po głowie (pokora! łup!).

Szybko dobijam pod wspomniany już krzyż na górze i robię drugie zdjęcie. Teraz schodzę tym samym szlakiem, lecz przy wiacie odbijam na czerwony. I znów długie obejście czarnym do Rozdroża Holtei’a. Mija mnie ekipa biegaczy i rzucają tekstem:
– Ej jak to jest, że ty idziesz a my biegniemy a poruszamy się z niemal taką samą prędkością?

Rzeczywiście do tej pory zachowuję średnie tempo ponad 6 km/h, więc niemal jak w truchcie. Ale od tego momentu robi się nieciekawie, bo kolano się odezwało. Usłyszałem w głowie coś w stylu „oj, człowieku, chcesz trasy takie robić a znów przestałeś ćwiczyć, chyba należy ci się kara”.

Na ostatnim już, krótkim podejściu czerwonym szlakiem na szczyt szły jakieś dziewczyny, więc udawałem, że wszystko ok i twardo prułem na górę. Popis skończył się tak, że ciągnąłem girę za sobą, bo odmówiła posłuszeństwa. Zejście niebieskim szlakiem to było paskudztwo. Naskakałem się po kamieniach jak koza z przetrąconym kulasem. O 11:12 jestem przy aucie. Koniec końców schodziłem ponad 1h, podczas gdy wejście na szczyt zajęło mi rano żółtym szlakiem jedynie 0,5h.

Tak przebiegała trasa

Dane z trasy i czynniki motywujące

Czas wg mapy: 8:30 h.
Mój czas: 4:46 h.
Dystans: 24,5 km.
Przewyższenie: 1451 m w górę i 1451 m w dół.

Dlaczego akurat taka trasa? Po pierwsze było to coś, z czym mogłem się uwinąć do południa a po drugie i ważniejsze: zdolność sprawnego pokonania dystansu około 25km wraz z przewyższeniem wynoszącym blisko 2,5 tys. m w górę oraz w dół pozwoli na szybkie zdobycie co najmniej kilku alpejskich 4-tysięczników.

Zatem dystans i czas zadowalający. Kwestia poradzenia sobie z przewyższeniem pozostaje jednak wciąż otwarta. Niestety trudno w Sudetach znaleźć górę, która pozwoliłaby na taki trening. A innych gór w Polsce nie znam.

Dziku

Na Ślęży




Jesioniki z adrenaliną

Dawno nie czułem takiego napięcia jadąc w góry. Niby cel niewysoki, brak lodowców i pogoda stabilna, ale… towarzyszył mi wyraźny niepokój odkąd wyjechałem. Gdyby ktoś był ciekaw, jak sobie zafundować takie dodatkowe emocje jeszcze przed dotarciem w góry, to już odpowiadam: wystarczy pojechać w czeskie Sudety bez dokumentów od auta.

Uświadomiłem sobie to niedaleko od domu, ale każda minuta była dla mnie cenna, więc dylemat „jechać czy wracać” trwał koło 2 sekund. Na tyle czasu zdjąłem nogę z gazu po czym – ogień, po przygodę.
Dojeżdżam na miejsce po godz. 10-tej. W planie na najbliższe parę godzin blisko 20 km po szlaku i 1000 metrów w pionie. Trasę wybrałem na podstawie dwóch założeń: miejscowość miała być położona nisko, a w pobliżu miała się znajdować w miarę wysoka góra.

Panorama z Vyhlídka Čertovy kameny

Z Česká Ves udaję się poszczególnymi szlakami w kierunku Studniční vrch (992 m), będącego najwyższą górą grupy Sokolský hřbet. Po drodze mijam liczne źródełka, i to nie jakieś zwykłe, ale wkomponowane w piękne kamienne konstrukcje. Jest ich tak dużo, że spokojnie można tam wędrować sobie nie mając przy sobie wody. Na szczyt wchodzę już po 1,5h od wyjścia z auta. Tu zakręcę się nieco, bo planowałem stąd zawrócić, ale jest na tyle wcześnie, że modyfikuję plan i dokładam jeszcze jedną pętlę po czerwonym szlaku. W zejściu mam okazję rzucić okiem na swój następny cel, po przeciwległej stronie doliny. Znajdę się tam dosłownie za parędziesiąt minut.

Jedno z licznych źródełek na trasie

Po zejściu do miasteczka przechodzę chodnikiem paręset metrów i wchodzę na trawiasty stok. Szlakiem przecinającym się momentami z asfaltową drogą dochodzę do schroniska/restauracji – Čertovy kameny. Jest tu parking, plac zabaw, tyrolka i inne atrakcje dla dzieci, których jest tu całkiem sporo. Od restauracji jest tylko 150 metrów na kamienny szczyt Vyhlídka Čertovy kameny (669 m) z platformą widokową ogrodzoną barierką. Miejsce z klimatem, dojście w miarę łatwe (trochę stopni i drabinek) a widoki imponujące.

Stąd już w błyskawicznym tempie schodzę do auta. Całość zajmuje mi 3,5 h. Jestem zmęczony, lecz czuję się doskonale. Jeszcze tylko z towarzyszącym poczuciem poniesionego poziomu adrenaliny z powodu braku dowodu rejestracyjnego pokonać kilkanaście km dzielące mnie od granicy i jestem bezpieczny.

Drogi wspinaczkowe