Na zdjęciu powyżej: zejście z Elbrusa (fot. Aga Ptak)
Po zdobyciu Kazbeka (5054 m) odpoczywamy w Stepandsminda i szykujemy się na transfer do Rosji. Dzień przed odjazdem dowiadujemy się, że na miasteczko Tyrnyauz spłynęła potężna lawina błotna. Droga zniszczona, most uszkodzony, a innej trasy pod Elbrus nie ma. Robi się ciekawie.
Artykuł o wydarzeniach z Tyrnyauz wraz z filmem pokazującym zejście lawiny błotnej na miasto:
Mudflow Nightmare: Russian Town on Edge as Homes Evacuated and Services Collapse | arabtimes
Sobota
Pokonanie 290 km busami zajmuje nam ponad 14 godzin. Głównie jest to stanie w kolejce samochodów na granicy z Rosją. Kiedy w końcu docieramy do przejścia po stronie rosyjskiej, celniczka bierze nasze paszporty i zaprasza do głównego budynku. Spędzamy tu około półtorej godziny, w trakcie których głównie siedzimy bezczynnie w pustym pomieszczeniu. Najwięcej do roboty ma moja koleżanka, która jako jedyna mówi po rosyjsku. Odpowiada przed mundurowymi na pytania zadawane w tonie powiedziałbym mało przyjaznym, przynajmniej na początku, bo z czasem atmosfera się rozluźnia.
W nocy przejeżdżamy przez częściowo zasypany Tyrnyauz. Wyglądało to strasznie, szczególnie w półmroku. Dla nas fart w tym nieszczęściu był taki, że wytyczono objazd najbardziej zniszczonego fragmentu drogi.
Koło 23-ciej docieramy do hotelu w Azau.
Niedziela
Rano widzę w koło kolejki mnóstwo biegaczy. Okazuje się, że w tych dniach odbywa się tam festiwal biegowy. Rozmawiam z jednym biegaczem spod Moskwy, który opowiada ciekawą historię o tym, jak spóźnił się na start i przez to zabrakło mu zaledwie minuty, by dotrzeć na punkt kontrolny o czasie .
Wjeżdżamy kolejką (najpierw stary wagonik, potem krzesełko) do „starego Garabashi” (3670 m). To tuż obok słynnych „Beczek”, tych ponoć po paliwie. Jeszcze tego samego dnia, w celu rozruszania i aklimatyzacji wchodzimy na wysokość ok. 4150 m i wracamy na nocleg do Garabashi. Niestety nie ma z nami tego dnia Łukasza, który po ostrym ataku choroby wysokościowej na Kazbeku woli nie ryzykować i decyduje się spać na dole.
Mamy zatem w grupie dwie osoby bez odpowiedniej aklimatyzacji, bo na Kazbek nie weszła również Anna. Lecz to właśnie ona wpada na genialny pomysł, by zaimprowizować aklimatyzację z użyciem skuterów śnieżnych.
Poniedziałek
Koło godziny 11-tej dwa skutery wwożą naszą trójkę na wysokość ok. 4600 m. Tam spędzamy około godziny, może półtorej, w tym czasie podchodząc jeszcze ze 100 metrów wyżej. Następnie schodzimy: Anna i Łukasz do Garabashi, a ja zostaję w Marii na wysokości około 4100 metrów. Czeka tu już na mnie pierwsza z dwóch grup, czyli ta, która będzie wchodzić stąd na szczyt nogach. Druga grupa wyruszy z Garabashi, skąd ratrak wywiezie ich na wysokość ok. 5100 m.
Wtorek
Atak szczytowy właściwie rozpoczął się dla nas jeszcze w poniedziałek, bo o godzinie 22:30. Od tego momentu wraz z dwoma przewodnikami człapiemy pod górę w dokuczliwie wiejącym wietrze. Trasa jest monotonna i gapimy się jedynie w plamki światła z naszych czołówek.
Na wysokości 5100 m mieliśmy zaczekać na ratrak z drugą grupą, ale wiatr zbyt daje się nam we znaki. Tamtej grupie również towarzyszą przewodnicy, więc nie ma powodu, by się o nich martwić. A przy tych warunkach łatwo o błąd, bo wiatr nie daje zbyt dużego marginesu.
Na trasie autentycznie przysypiam, czasem idę z zamkniętymi oczami i boję się, że w końcu zasnę i polecę w dół stromym stokiem, który właśnie trawersujemy. Wprawdzie ogólnie czuję się naprawdę nieźle, bo nie odczuwam skutków choroby wysokościowej, ale to nocne wejście i brak jakichkolwiek widoków powoduje ekstremalne znużenie i senność.
W końcu wiatr rozwiewa chmury i wraca w nas życie, bo to co widzimy w pierwszym brzasku wschodzącego słońca powoduje, że aż krzyczę na głos.
Docieramy do plateau pomiędzy dwoma wierzchołkami Elbrusa, a następnie do podejścia zabezpieczonego poręczówkami. Powyżej niech jest wypłaszczenie prowadzące do „cycka”, który jest zwieńczeniem naszej drogi i najwyższym punktem Kaukazu. Wejście na stożek na szczycie kosztuje nas mnóstwo sił i wymaga samozaparcia, ponieważ wiatr w tym miejscu wręcz zatrzymuje w miejscu. Po pierwszych próbach pochylam się mocno do przodu, odruchowo zaciskam pięści i siłą wydzieram górze te ostatnie metry. Nareszcie jest – Elbrus 5642 m n.p.m. – zdobyty. Jest godzina 8-ma rano, a zatem te 1500 metrów w pionie przeszliśmy w 9,5 godziny.
Schodząc napotykamy drugą część naszej grupy. Oni wszyscy też zdobędą szczyt, więc wynik ostateczny jest imponujący: 13/13, nie licząc przewodników, gdyż dla nich jest to chleb powszedni. Lecz nawet oni przyznali, że zdobywanie szczytu w takim wietrze to nie bułka z masłem.
Schodząc, na wspomnianym plateau wiatr porywa koledze łapawicę. Niewiele się zastanawiając robię blisko 200-metrowy sprint na wysokości 5300 metrów n.p.m. Gdy łapię wreszcie zgubę, przez dłuższą chwilę leżę, gdyż takie problemy miałem ze złapaniem oddechu.
Jeszcze tego samego dnia meldujemy się w Azau, w hotelu. Następnego dnia czeka nas transfer z powrotem do granicy z Gruzją, skąd słynną „Drogą Wojenną” pojedziemy do Tibilisi, a stamtąd polecimy do Polski. Nareszcie!
Co miałem na sobie podczas ataku szczytowego
Stopy:
- sfatygowane skarpety trekingowe (kilka zł na chińskim markecie)
- wełniane skarpety Smartwool merino – najgrubszy model
- buty Zamberlan Karka (z wypożyczalni pod kolejką w Azau)
Nogi:
- getry Brubeck Extreme
- spodnie dresowe
- spodnie wiatroszczelne Simond
Tułów:
- koszulka merino z długim rękawem Brubeck Extreme
- koszulka merino z długim rękawem Devold Expedition
- bluza z kapturem cienka Simond
- lekka kurteczka puchowa Quechua
- kurtka przeciwwiatrowa Patagonia
- kurtka puchowa gruba Marmot
Dłonie:
- łapawice z ogrzewaczami chemicznymi
- na jednej dłoni w środku dodatkowa rękawiczka (na drugiej nie, ponieważ robiłem nią zdjęcia)
Głowa:
- czapka Attiq
- kaptur bluzy cienkiej
- kaptur kurtki przeciwwiatrowej
