Ultra Orlich Gniazd (102 km)

Mamy połowę kwietnia, ściślej mówiąc drugą połowę, a dokładnie to jest 18-ty i powinno być ciepło. Wg prognoz nawet 17 stopni na plusie. Tylko, że sprawdzałem prognozę na popołudnie w Częstochowie, a ja znajduję się 100 kilometrów od niej i jest 6 rano. Temperatura: -2 stopnie Celcjusza. A w Częstochowie to faktycznie będę popołudniu, ale muszę tam wpierw dobiec.

Przed startem

Jeszcze w aucie zerkamy na termometr i zaczynam mieć obawy, co komentuje żona: „Dziczku, a kolanka Ci nie zmarzną?”. Tzn. jest to moja interpretacja, bo w rzeczywistości mówi coś w stylu: „Stary a durny, na taki mróz w krótkich spodenkach.”

Wzbudza tym we mnie refleksję, po czym odjeżdża, ale na szczęście zdążyłem z bagażnika wyjąć spodnie od dresu, rękawiczki i ogrzewacze chemiczne. Start się opóźnia, więc słucham dialogów, a tam: słowo „przepak” w przeróżnych odmianach. „Nie przygotowałeś sobie przepaku? Skarpety na zmianę? Koszulka? Buty? Maści?”
Co tu jest grane? Przecież to tylko paręnaście godzin wysiłku, a w górach to się 3 dni w jednej koszulce, skarpetkach i majtkach chodzi…

Na zdjęciu: „Plan jest prosty: jedz, pij, oddychaj i biegnij!”

No, ale dobra, organizuję worek i wrzucam tam część żelków, bo po co dźwigać wszystkie.
Mam przepak, więc teraz to już czuję się jak prawdziwy ULTRAS.
Zanim wystartujemy usłyszę w rozmowach o objętościach treningowych, daleko bardziej zaawansowanych od moich. Tym się jednak nie przejmuję, bo wiem na co mnie stać. Zatem bez żadnych kompleksów ustawiam się na pierwszej linii i urządzam pogaduchy z kumplem, którego przypadkiem tu spotkałem. Wraz z Sebastianem pokonamy tego dnia wspólnie sporo kilometrów i to była jedna z tych rzeczy, która od początku pozytywnie wpłynęła na atmosferę wyścigu.

Start

Na zdjęciu: Miejscowość Bydlin, linia startowa biegu na 100 km, godzina 6-ta rano 18-go kwietnia 2026. fot.Konrad Woszczyński

Od startu nogi mam ciężkie, do tego trochę bolą piszczele, nawet jakieś nieco sztywne stopy w kostkach… Nie mogę też uspokoić tętna, które od początku jest dużo wyższe od zakładanego… „Hello, to drugi kilometr, a przed tobą jeszcze 100, więc przestań się mazgaić!” – krzyczy mój wewnętrzny Goggins. Niczym się więc nie przejmuję i robię swoje. Jem, piję, oddycham i przebieram nogami.

Przebieg

Z każdym kilometrem czuję się lepiej, i tak będzie do samego końca. Pilnuję jedzenia, picia, kroku i oddechu. Żołądek pracuje perfekcyjnie, a głowa to już w ogóle odlot: jestem jak postać z gry komputerowej, więc prędzej ten się czuje zmęczony, kto macha teraz joystickiem (C64 – kto pamięta?), bo ja jestem jak w transie, nic nie czuję.

Kręcę się od początku koło 10-tej pozycji, aż tu nagle dobiegam swobodnie do dwójki zawodników . No nie do końca swobodnie, bo potykam się o korzeń i wywalam jak długi, uderzając barkiem o ziemię. Pytają czy wszystko w porządku i lecimy dalej. Przesympatyczni ludzie, jak zresztą wszyscy, których tego dnia spotkałem i z którymi zamieniłem parę słów. Oni tworzą ten klimat Ultra, niepowtarzalny i jedyny, nigdzie wcześniej przeze mnie nie spotkany.

Na pierwszym punkcie (Ogrodzieniec) ściągam spodnie od dresu i ortalion. Zdejmę też rękawiczki, w których od początku mam ogrzewacze, ale zaraz potem znów je zakładam, bo dłonie marzną mi niemiłosiernie. Uzupełniam płyny (będę robił to na każdym punkcie) i biegnę dalej. Zdaje się, że jestem już na 8-mej pozycji, ale nie ma to jeszcze dla mnie większego znaczenia.

Na zdjęciu: na zbiegu koło 40-go kilometra, fot. Aleksandra Szmigiel

Koło 45-go kilometra wyprzedzam sprawnie trójkę mocnych zawodników, z których jeden towarzyszy mi przez kolejne 8 kilometrów. Do półmetka w Niegowej docieramy razem. Ja się szybko ogarnę (reanimują mi tu nadajnik GPS, który jakiś czas temu się zawiesił), a Paweł został dłużej, więc od teraz będę biegł sam, na 5-tej pozycji. Czuję się znakomicie, jem piję i oddycham. Kiedy choćby przez chwilę przestaję biec, to pojawia mi się przed oczami twarz Davida Gogginsa, która mówi: „Biegnij ty miękka c…o, bo nawet na 40% się nie wysilasz!”. Swoją drogą: czytanie książki Gogginsa tuż przed zawodami powinno być wykrywane badaniami (np. moczu) i traktowane jako doping.

Koło 80-go kilometra pada mi zegarek i zaczynam mieć problemy z nawigacją. Jest to nieco stresujące, nawet przy wsparciu map w telefonie, ale sprawa rozwiązuje się następująco: na ostatnim punkcie (w Olsztynie) obsługa rzuca tekstem: „jeden pan przed chwilą stąd wybiegł”. Doskonale! Skoro przede mną jest zawodnik z mojego dystansu, to ja go dopędzę i dalej pobiegnę z nim korzystając z jego nawigacji!

Tak też zrobiłem.

Wojtek okazał się być kolejnym wspaniałym człowiekiem poznanym tego dnia. „Masz dużo siły, biegnij do przodu” – mobilizuje mnie. Więc ja biegnę, pomimo blisko 90 km w nogach, i… zaraz się gubię, a on woła, żebym wracał. I tak raz po raz. Dopiero w Częstochowie odważę się polecieć do przodu, bo faktycznie czuję się świetnie. Jest to nie do pomyślenia, że po 90-ciu km biegu czuję się lepiej, niż po 5-ciu. Wojtek biegnie niedaleko za mną, a ja mam trochę mieszane uczucia, bo czuję, że powinienem go puścić na mecie przed sobą (jest o kategorię wiekową wyżej). Jednocześnie obawiam się nieco, czy Przemek nie przypuści jakiegoś husarskiego ataku i sprintem mnie nie zepchnie z pierwszego miejsca podium. Taktyka jest dla mnie obca na takich dystansach, a też zbyt zmęczony jestem, by teraz wyliczać, jakie tempo musiałby osiągnąć i czy to w ogóle możliwe. Niemniej w trakcie tych rozkmin robię swoje i sukcesywnie zmierzam do mety.

Finisz

Końcówka wiedzie prostą ulicą, aż do stóp klasztoru na Jasnej Górze. Co rusz muszę zatrzymywać się na czerwonym świetle, ale nie przeszkadza mi to. Wręcz staram się te czerwone światła „upolować”, bo wtedy mogę sobie postać z czystym sumieniem i nie biec. Nawet Wewnętrzny Goggins wtedy nie ma nic do gadania.

Na ostatnich metrach dostrzegam całą swoją rodzinkę, która wyskakuje jak 3 sprężynki w powietrze. Dziewczyny machają pomponami, a syn rozpościera transparent. Ostatnie metry przebiegamy wszyscy razem i jest to cudowna chwila, okupiona jedenastoma godzinami i dwudziestoma minutami wysiłku.

Na zdjęciu: wbiegam na metę przy asyście moich dzieci, fot. Atelier Sportu

Zatem koniec, jestem tu, dobiegłem, bez najmniejszego kryzysu, bez problemu.

Właściwy czas, właściwe miejsce, właściwi ludzie.
A ja… ja byłem jedynie postacią z gry komputerowej: miałem tylko jeść, pić, oddychać, i przebierać nogami.

Posłowie

Rozpoczęcie roku 2026 było dla mnie bardzo ciężkie, a ten bieg miał być przepaleniem psychiki i ciała, wymianą komórek i rozpoczęciem czegoś nowego. Scenariusz spełnił się z nawiązką, bo nie tylko ukończyłem najdłuższy bieg w moim życiu, ale zająłem też wysokie, bo czwarte miejsce w open, co dało mi pierwsze miejsce w kategorii wiekowej.

PS. Na bieg na Jurze na 100 km zapisałem się w dniu, w którym nie udało mi się przebiec maratonu górskiego, gdzie po 20 kilometrach skurcze wyeliminowały mnie z rywalizacji.
Jak nie drzwiami, to oknem.
Goggins byłby dumny.

Liczby i fakty

Dystans: 102 km
Przewyższenia: ok. 1500 m
Czas: 11:20:49
Open: #4 / 53
M30-50: #1

Na zdjęciu: Odbiór statuetki za pierwsze miejsce w kategorii wiekowej M30-50

Przed biegiem 2 białe bułki z masłem i miodem, kubek herbaty i mniej niż litr wody mineralnej, oraz shot magnezowy z Decathlona (bardziej dlatego, że miałem, więc zabrałem).

Podczas biegu z założenia miałem jeść porcję węglowodanów co 30 minut, a co 45 minut kapsułkę sód + potas. Do tego wystartowałem z pół litra Izotonika i pół litra wody i miałem w ten sam sposób uzupełniać butelki na każdym z 5-ciu punktów.

Spożycie podczas biegu

Płyny: zgodnie z planem, w sumie podczas biegu weszło 3 litry wody i 3 litry izotonika, dodatkowo z oferty punktów żywieniowych ok. 3 kubków (200 ml) coca coli.

Jedzenie z ekwipunku:
5 galaretek z Decathlona (21 g węgli),
4 żele Powergel Decathlon (26 g węgli),
1 Energy Gel+ (30 g węgli),
2 Energy Gel+ z Kofeiną (30 g węgli i 80 mg kofeiny),
2 batony proteinowe Zero Bar,
1 tabletka glukozy Dextro Energy (3,4 g węgli).
Jedzenie z punktów żywieniowych:
1 kawałeczek ciasta drożdżowego z marmoladą,
1 naleśnik na słodko (na przepaku w połowie)
6 słonych krakersów
1 cząstka pomarańczy
3 małe kawałki banana
W sumie wychodzi, że zjadłem mniej niż planowałem. Zostały mi 3 galaretki i 5 żeli i jest to dużo, nawet uwzględniając jedzenie na punktach.

Suplementacja: 15 kapsułek Ale Hydro Salt (250 mg sodu, 80 mg potasu na kapsułkę) – czyli dokładnie tyle, ile zaplanowałem, ale zażywałem nieregularnie, czasem po dwie na raz

Podziękowania

Michałowi W, za książkę Gogginsa, co mi niesamowicie wzmocniło łeb na wyścigu.
Michałowi M, za rozkminy suplementacyjne w aneksie kuchennym.
Wszystkim, którzy w ten dzień wysłali myśl, albo wiadomość na telefon, to dawało napęd.
Funtri – za to, że mam wolną głowę od układania planów treningowych.
Adze i dzieciom, za ich obecność na mecie, czyli najwspanialszą nagrodę, jaką mogłem sobie wymarzyć.

Scroll to Top