…a wyszło jeszcze lepiej! Ale po kolei:
Inicjacja wyjazdu nastąpiła już we wrześniu, kiedy to Tomek wykorzystał okazję, jaką były jego urodziny i zasugerował nieśmiało wypad w Alpy. Aga w mig podchwyciła temat i ustaliła termin na końcówkę października. A ja? A mi się nie chciało, bo po co tak daleko jechać i wchodzić na szczyty, skoro można po prostu sobie pobiegać, i to znacznie bliżej.
Kiedy termin się zbliżył, a ja nadal marudziłem, to dostałem słowną reprymendę i raz dwa mi się w głowie poprzestawiało. Tym bardziej, że rzutem na taśmę na celowniku pojawił się szczyt z mojej listy. Iskra rozpalona, poczułem zew i napaliłem się na działanie.
Lista, o której wspominam, to 33 najwyższe szczyty Austrii. Celem, jaki obraliśmy, stał się Ruderhofspitze, który pod względem wysokości (3474 m n.p.m.) zajmuje 29-te miejsce na liście.
28.10.2026 – dojazd
Wyjeżdżamy z Polski koło 22-giej i po całonocnej (11 godzin) jeździe mijamy Neustift i docieramy do Milders, skąd doliną podjeżdżamy do „Winterparkplatz Franz Senn Hütte” (przy mostku w Seduck) na wysokości 1442 m n.p.m. Następnie czekał nas spacerek (nieco ponad 2 godziny) do zimowego schronu przy nieczynnym o tej porze roku schronisku Franz Senn Hütte (2147). W schronie pełne zaskoczenie, ponieważ był prąd, światło i ogrzewanie. Do spania przygotowane były wygodne łóżka polowe (6 sztuk), oraz koce i poduszki. Efekt próbowała zepsuć zdechła mysz pod jednym z koców, ale Tomek na łopacie wyprowadził ją na zewnątrz i szybko zapomnieliśmy o tym incydencie.
Popołudniu robimy sobie jeszcze 2,5 kilometrową wycieczkę, by poznać choć fragment jutrzejszej trasy.
29.10.2026 – Ruderhofspitze
Ze schronu wychodzimy o godzinie 6:00. Najpierw niemal zupełnie płaską doliną, potem skałami (doskonale oznaczony szlak!) w górę w wyższe partie. Trzymamy się nieustannie szlaku nr 131, którym podchodzimy w okolice czoła lodowca (nieopodal miejsca oznaczonego na mapie jako tzw. „miejsce kultu”), wdrapujemy się na morenę, skąd po skałach sukcesywnie człapiemy w górę, aż do lodowca. Zajmuje nam to ~ 4 godziny, czyli więcej niż zakładaliśmy, ale to ze względu na torowanie i zapadanie się w ukryte pod świeżym śniegiem szczeliny między skałami. Jedno jeszcze raz podkreślę: szlak oznaczony był wyjątkowo gęsto i praktycznie nie było żadnego błądzenia!
Wiążemy się i wchodzimy na niemal płaski w tym miejscu lodowiec. Nie widać żadnych szczelin, a warunki śniegowe zakwalifikowałbym do jednych z najbardziej łaskawych. Wprawdzie torowanie w kompletnie nieprzetartym terenie jest dla mnie nieco męczące, ale wiem, że o tej porze roku mogłoby być znacznie gorzej. Trasę wybieram niemal na wprost do miejsca, gdzie następuje spiętrzenie lodowca i dopiero tam pojawiają się szczeliny. Droga jest jednak jakby oczywista i docieramy w wyższe partie lodowca: kotła otoczonego z 3 stron graniami. Aga przejmuje tutaj prowadzenie i toruje aż do wejścia na samą grań.
Po zejściu z lodowca (przed godziną 12-tą) rozwiązaliśmy się, by już każdy swoim tempem mógł wspinać się granią (oj! jaka ona przed nami długa!) w kierunku szczytu. Ja, jako jedyny z naszej ekipy pokonuję ją bez raków, ale mam momentami mieszane uczucia i czuję, że może nieco bezpieczniej byłoby iść w rakach. Liny ani czekanów w drodze na szczyt nie użyliśmy ani razu. Ogólnie grań obejmowała wspinaczkę w stopni I i II, ale poziom trudności potęgował śnieg, który ją przykrywał.
Przed godziną 13-tą robię Adze zdjęcie przy krzyżu na szczycie. 15 minut później zjawia się Tomek. Po serii zdjęć zaczynamy schodzić. Jest 13:30 i tym razem idziemy wszyscy w rakach. W zejściu w jednym, niepewnym miejscu asekurujemy się liną. Istniało tam niebezpieczeństwo poślizgnięcia się, a nie chcieliśmy sobie popsuć wspaniale zapowiadającej się wyprawy. Około 14:40 wchodzimy na lodowiec, i ponownie związani, podążając za prowadzącą Agą wracamy po zostawionych przez nas śladach.
Gdy znajdujemy się na jego drugim końcu ogarnia nas cień i przeraźliwe zimno. Paski od raków są zamarznięte w taki sposób, że mamy spore problemy, by je zdjąć. Finalnie Adze się to nie udaje i przez kolejne godziny będzie schodzić w rakach. Gdy następuje zmierzch, około godziny 17:00, jesteśmy już ponownie koło wspomnianego „miejsca kultu”, skąd czeka nas długa, ale względnie bezpieczna droga, którą bez problemu możemy pokonać nocą.
Między godziną 18:30 a 19:00 skapujemy bezpiecznie do schronu. Całość zajęła nam zatem nie więcej jak 13 godzin. Jest to znacznie dłuższy czas, niż ten przewodnikowy, jednak przecieranie szlaku i kopanie się w śniegu wyciągało sporo sił i opóźniało marsz. Wyzwanie okazało się większym, niż się spodziewaliśmy, ale jesteśmy szczęśliwi, że sprawy się tak potoczyły, bo potrafiliśmy sobie z nim doskonale poradzić. Nie czuliśmy ani przez chwilę, że coś miałoby pójść nie tak, więc czerpaliśmy ogrom wrażeń z dumą i satysfakcją.
Na moim koncie od tego momentu są zdobyte 22 z 33 najwyższych szczytów Austrii. Zostało 11.
