Lillebælt Halvmarathon

Lillebælt Halvmarathon

Prolog

Nieco „przypadkiem” zaliczam słynny półmaraton w Danii: Lillebælt Halvmarathon. Dlaczego przypadkiem? Po wielu wielu latach odzywa się do mnie stary super kumpel ze studiów. Zaprasza do Danii i podsuwa pomysł Legolandu dla dzieci. Spotkanie z nim i Legoland? To już wystarczy, by podjąć decyzję. Ale na wypadek, gdybym się wahał, to podsuwa on pomysł, by wziąć udział w lokalnym wydarzeniu biegowym. Jakby jeszcze tego było mało, to dociera do mnie, że dorzucę najwyższy „szczyt” kontynentalnej Danii do mojej Korony Europy.

Przydałoby się jeszcze coś dla żony, ale to akurat też załatwione, bo Hubert świetnie gotuje, co moja Aga bardzo docenia.

W tym poście jednak nie będzie o szczytach, o Legolandzie, ani o kulinariach. Będzie o sporcie.

Bieg, który wyobrażałem sobie jako lokalny, niewinny, dla lokalnych joggersów oraz rozruszanych żeglarzy, okazał się jednym ze słynniejszych i największych w Danii. Około 7200 uczestników, a do tego kibice. Mnóstwo kibiców.

Na sam dystans półmaratoński zapisało się ponad 4900 osób. Wśród nich setki przedstawicieli około 50 różnych państw, a wśród nich… ja!

No to jedziemy

Start: po odliczeniu od 10-ciu przez spikera i sygnale leci muzyka, która napełnia energią, aż chce się pędzić. Jednak pomimo autentycznego odlotu, po 200 metrach hamuję się i trzymam planu.

1-5 km i od razu poczuję smaczek, co mnie czeka, bo już na początku dość długi podbieg. Jednak po okiełznaniu emocji, zgodnie z planem utrzymuję tempo 4:06 i zajmuję 60 pozycję. Słyszę, że niektórzy przeholowali (oddech!), ponieważ muzyka, flagi i kibice – to wszystko nakręca, i dlatego tak ważna jest DYSCYPLINA. Tak na marginesie: za mną biegnie blisko 5 tysięcy zawodników, ale dla mnie istnieje tylko TU i TERAZ. To właściwa taktyka.

6-10 km trzymam tempo 4:01, pomimo długiego podbiegu na most. Wskakuję na 50-tą pozycję. Przed mostem z głośników leci „Highway to hell” AC/DC i przebijam piątki z grupą czerwonych diabełków. Dawka energii, jakiej nie zastąpi żaden żel. A propos żelu – na moście przypominam sobie (9-ty km), że nic do tej pory nie zjadłem, więc wciskam sobie porcję i… mało się nie udławiłem. Biegnę próbując przełknąć gluta, w końcu bekam i czuję, że jestem w domu. Łyk wody z trzymanego w dłoni softlaska 250 mL i ogień.

11-15 km sukcesywnie podbijam w rankingu i docieram do 45-go miejsca. Na tym dystansie moje tempo to 4:02 min/km, co jest niezłym wynikiem, ponieważ był w tym kolejny podbieg na most.

16-20 km to odcinek, gdzie pomimo 2 nawrotów 180 stopni (wymuszona utrata prędkości do zera) schodzę ze średnim tempem do 3:55 min/km. Wbijam się na 35-tą pozycję w open. Ukształtowanie terenu sprawia, że czołówka przyspiesza.

Ostatni odcinek, to niemal sprint (zegarek pokazuje tempo 3:10 min/km na ostatnich 300 metrach). Wg chipa ostatnie 1,1 km przebiegam w zaledwie 3:30 min/km, ale w rankingu już nie przeskoczę nikogo, ponieważ wszyscy pędzą. Kończę na pozycji 35 na 4583 osób, które ukończyły ten bieg, na dodatek jako pierwszy z obcokrajowców i 3-ci w swojej kategorii wiekowej.

Czas w półmaratonie: 1:23:55. Aga twierdzi, że nie dałem z siebie wszystkiego, że mogło być lepiej. Szczególnie, że miałem po biegu siły, by ganiać do wieczora z dziećmi w berka, a potem wsiąść w auto i przez noc zawieźć rodzinę z powrotem do Polski.

Takie chwile się zapamiętuje.

Sportstiming – Lillebælt Halvmarathon 2025

Scroll to Top