Temat przebiegnięcia przez wszystkie miejscowości w Gminie Dobroszyce pojawił się u mnie w głowie już blisko 2 lata temu. Wówczas, z powodu kontuzji przerzuciłem się na rower i pokonałem podobną trasę jadąc. Żeby jednak podjąć się tego samego biegnąc, brakowało mi doświadczenia i pewności siebie. Przez długi czas zakładałem, że przebiegnięcie ponad 50 km wymaga skrupulatnego zaplanowania. No bo jak zapewnić sobie po drodze chociażby odpowiednie odżywianie i nawadnianie?
Tymczasem 30-tego sierpnia 2026… idę na żywioł: wstaję przed szóstą, pakuję do pasa biodrowego kilka znalezionych w domu niedobitków żelków energetycznych i batoników proteinowych oraz litr płynu do flasków. Przed samym wyjściem znajduję jeszcze zagęszczone mleczko w tubce – co za szczęście – żyć nie umierać!
Trasę w zegarku miałem wgraną już od dawna, tzn. odkąd pomysł zakiełkował.
Korzystając z chłodu poranka ruszam z domu w Malerzowie żwawym tempem i po chwili robię zdjęcie przy pierwszej tablicy na krańcu wioski (1). Następna miejscowość w kolejności to Białe Błoto (2), potem Bartków (3). Opuszczam asfalt i polami docieram do Sadkowa (4), a stamtąd, znów asfaltem, do Łuczyny (5). Następnie odwiedzam Mękarzowice (6) i Siekierowice (7). W Dobrzeniu (8), po zaledwie niecałych 2 godzinach biegu mam już za sobą 8 z 16 tablic. Idzie jak z nut. Następna w kolejności to Dobra (9), a potem Nowosiedlice (10). Tutaj niesiony jak na skrzydłach zapominam o zrobieniu zdjęcia i wracam dorabiając kilkaset metrów. Teraz długi bieg do Miodar (11), gdzie robię sobie sesję z dożynkową osą ze słomy. Wysyłam zdjęcie do córki, która odpisuje, żebym uciekał, bo to szerszeń. Zakładam, że autorzy dzieła (genialnego zresztą!) mieli na myśli pszczołę, więc ogólnie są poważne rozkminy, jest czym zająć głowę, a kilometry lecą.
Gdy dobiegam do Nowicy (12) zaczynam rozglądać się za kimś, kto by mi nalał kranówki do flasków, bo bez płynu będzie ciężko, nie spotykam jednak nikogo. Nie ratuje mnie nawet niedziela handlowa, bo choć trudno w to uwierzyć, na wyznaczonej trasie nie mijam ani jednego sklepu. Na szczęście w Dobroszycach (13) wystarczy lekko zboczyć i odwiedzam przyjaciół, gdzie dostaję 1,5 litra lekko gazowanej mineralki, więc teraz już nic mi nie przeszkodzi zrealizować założonego celu.
Chwila bajery i wracam na trasę, odwiedzam Strzelce (14), a potem skrótami docieram do tablicy Kolonii Strzelce (15). Od tej pory długo długo nic, ponieważ ostatnia miejscowość z listy ukryta jest w lesie kilka kilometrów dalej. Nie wiem , co sobie myślałem wyznaczając niegdyś ten odcinek, ale chyba się do tego nie przyłożyłem. Teraz mierzę się ze skutkami tamtej decyzji i gubię się w lesie, biegnąc po bezdrożach.
Jednak finał może być tylko jeden, więc wkrótce robię zdjęcie przy witaczu w Holendrach (16), wciskam żelek z kofeiną i dostaję drugi oddech.
Przed samym Malerzowem, pomimo, że znam teren jak własną kieszeń popełniam błąd w wyborze trasy, przez co dorabiam jeszcze z kilometr, a może i więcej. Chodzi o to, że nie pamiętałem, w którym miejscu rano włączyłem aktywność, a bardzo zależało mi, żeby przebiegnięta trasa była zamkniętą pętlą. Dlatego na wszelki wypadek jeszcze raz biegnę do tablicy na wylocie z wioski.
Finalnie:
Dystans 53,32 km
Czas 5:25:24
Tempo 6:06/km (tempo ruchu 5:48/km)
3617 kalorii
Średnie tętno 130 bpm.
Zjadłem 3 żele energetyczne (w tym jeden z kofeiną), 1 batonik proteinowy i 1 mleczko w tubce.
Wypiłem 0,5 litra elektrolitów i 2 litry wody.
Projekt uważam za zamknięty. Było warto.
