Na szczyt startuję 23-go sierpnia 2026 ze stacji kolejowej w Lesce (493 m n.p.m.). Do pokonania mam 1800 m w pionie i ponad 16 km w jedną stronę, więc nie wróżę sukcesu. Jestem zupełnie roztrenowany, gdyż blisko 2 miesiące temu całkowicie opuściła mnie ochota do biegania. Dziś musiałem się przemóc, bo alternatywą było leżenie i gapienie się w punkt. Kiedy jest nam trudno pogodzić się z tym, co nas spotyka i jednocześnie czujemy się zupełnie wobec tego bezradni, wtedy kusi, żeby się poddać i odpuścić. Ciężko jest wtedy zwlec się z łóżka, a co tu mówić o wyzwaniach. Lecz leżeniem stanu ducha się nie naprawi, trzeba się spocić, zmęczyć, wejść na górę, a przecież ja górę widzę niemalże z okna.
I to nie byle jaki szczyt, bo Veliki Stol (Hochstuhl) to najwyższy szczyt pasma Karawanki, leżącego na granicy Austrii i Słowenii. Od północnej strony prowadzi na niego imponująca ferrata, ale od południa, choć stromo, to można na niego wejść bez żadnego specjalistycznego sprzętu. Ja dziś wyposażony jestem w wiatrówkę, buty biegowe, pas biodrowy oraz 2 flaski. Niewiele się zastanawiając, żeby mnie znów nie położyło, zaczynam biec przed siebie. Przez około 8 km biegnę niemal po płaskim, a że gdzieś w końcu muszę zacząć łykać te 1800 m przewyższenia, to gdy zaczęło się pod górę, to już na poważnie.
Moje myśli nieustannie są zaprzątnięte problemami związanymi… ze związkiem. A jakże by inaczej! Staram się złość przekuć na siłę, więc na stromiźnie napieram rękami na nogi powyżej kolan odpychając się przy każdym kroku. Przychodzi mi do głowy, że na podejściu przydałyby się kijki, a w zejściu… jeśli w tym terenie zacznę zbiegać to znajdę się na dole bardzo szybko – ale helikopterem, z połamaną nogą. I tu już chyba się połapię, że o to w tym chodzi! Właśnie w takim miejscu jesteś zmuszony do skupienia się na aktualnych, namacalnych problemach i szukaniu rozwiązań. A to co za tobą, na dole, to zostaw, nie ucieknie.
Zatem szukam rozwiązania i znajduję: jeśli dojdę w pobliże szczytu do schroniska Prešernova koča na Stolu na wysokości 2174 m, to będę mógł zejść innym szlakiem, nieco dłuższym, ale mniej stromym. Swoje szanse jednak wciąż oceniam jako nikłe. Szczególnie na wysokości około 1600 m, na punkcie widokowym, tam odczułem kryzys. Niemal podjąłem decyzję, że posiedzę tam nieco i uciekam na dół. Ale wtedy przed oczami stawało mi łóżko w maleńkim pokoju przy stacji w Lesce. Jeśli położę się tam o 15-tej, to będę tak już leżał w podłym nastroju do kolejnego dnia.
Jakby w tym momencie ktoś chciał sprawdzić, ile wytrzymam, bo słyszę głos dziewczynki, która schodzi z tatą. Przewraca się, płacze, albo udaje, bo zaraz się śmieje i schodzą dalej rozmawiając. Robię jeszcze kilkadziesiąt kroków w górę, mijam ich, ale myślę o swojej córce i smutek i beznadzieja zginają mnie dosłownie w pół, mam problem by się wyprostować. Z tych samych powodów jednocześnie chcę się poddać i chcę napierać. Ruszam, powoli, zmuszam się mentalnie do każdego kroku, a potem przyspieszam. Znów tłoki działają, znów łykam metry podejścia. Dopiero co było 700 mH do szczytu, a za chwilę będzie 500. To wciąż dużo, na dodatek wchodzę w chmurę i robi się zimno, ale wtedy znajduję kolejne światełko w tunelu. A właściwie nie światełko, lecz źródełko. Zaznaczone jest na mapie pomiędzy szczytem a schroniskiem. A zatem mam dodatkową motywację, bo koniecznie muszę się nawodnić. A za studnią, to już rzut beretem do schroniska. Przy założeniu, że będzie czynne, to wejdzie zupa i herbata. Ze schroniska znów blisko do szczytu, więc kto wie? Może się uda.
Do tej pory zjadłem 3 żelki i wypiłem jakieś 0,75 litra płynu. Teraz zjadam jedyną tabletkę dekstrozy, jaką miałem przy sobie i dostaję drugi oddech. Docieram do źródełka, opijam się i uzupełniam jednego flaska 0,5 l. Stąd mam bliżej do szczytu niż do schroniska, więc decyduję się na atak na wierzchołek. 150 m prosto, 250 m w lewo i cyk, jestem na Wielkim Stole! Ze stacji w Lesce pokonanie 16,2 km oraz 1800mH zajęło mi jedynie 3 godziny i 16 minut.
Czuję, że wykonałem kawał dobrej roboty, bardzo mi potrzebnej w tym dniu. Dobrze wybrałem, bo czuję, że mój duch się leczy. Zbiegam do schroniska, zjadam zupę, wypijam herbatę i udaję się na szlak powrotny. Trasa, jaką wybrałem jest wprost wymarzona do zbiegu. Po dotarciu do parkingu u stóp góry zauważam kranik ze zdrową górską wodą. Redukuję odwodnienie, napełniam flaska i biegnę do stacji kolejowej w Lesce. Powrót zajął mi 2 godziny i 20 minut. W tym czasie pokonałem kolejne 17 km i blisko 1800 m w dół.
33 km, 1800 mH, 3500 kalorii. Po takiej wyrypie rzucam się na jedzenie w meksykańskiej restauracji. Jakbym się nie ruszał, to bym nie jadł, a jeść muszę, by zachować mięśnie. Wraca też wiara w siebie. Aktywność to cudowne lekarstwo. Muszę o tym pamiętać po powrocie do Polski, bo ewidentnie szykuje się u mnie jakaś zmiana.
Ważniejsze punkty:
Lesce – 493 m – miasteczko.
Završniško jezero – 600 m – duży parking, jezioro i woda pitna.
Valvasorjev dom pod Stolom – 1181 m – mały parking i schronisko.
Prešernova koča na Stolu – 2174 m – schronisko pod szczytem.
Veliki Stol (Hochstuhl) – 2236 m – najwyższy szczyt pasma Karawanki.
Žirovniška pot – wschodnia, bardziej stroma ścieżka na szczyt.
Zabreška Pot – zachodnia, mniej stroma ścieżka na szczyt.
