Prolog
Na kilka tygodni przed biegiem, który miał miejsce 18.07, ktoś jakby mi płytkę z głowy wyjął. Tę, na której miałem wgrany program „bieganie”. W lipcu wyszedłem na jeden jedyny trening i sprawiło mi to tyle samo przyjemności, ile czułbym spędzając ten czas na rowerku wodnym, czyli wcale.
Na wyścig jadę, choć jeszcze zerkam na niebo i prognozy i myślę, że może odwołają zawody? Albo skrócą dystans? Nie miałbym nic przeciw, bo czuję się, jakbym kupił bilet i jechał 2 godziny na film, który mnie kompletnie nie interesuje. Na dodatek puszczają go o 4 rano.
Przed startem
Bez emocji kładę się spać i bez emocji wegetuję te parę godzin. Wstaję koło godziny 2-giej i bez żadnych emocji jadę na start, a tam oprócz mnie 387 zawodników, gotowych do rywalizacji. Odruchowo ustawiam się z przodu. Skoro już tu jestem, to nie odpuszczę, ale nie mam pojęcia na co mi głowa w tym stanie pozwoli. Punktualnie o 4-tej rozlega się sygnał i zaczynam przebierać nogami.
9,8 km – miejsce 17
Nadal nic nie czuję, i nie chodzi mi o to, że mi się nie chcę, albo, że coś mi nie pasuje, czy dolega. W rzeczywistości biegnie mi się bardzo dobrze, tylko nie mam żadnej spiny, nic nie kalkuluję i na nic się nie nastawiam.
25,3 km – miejsce 16
Na szlaku jest bardzo luźno. Gdzieś daleko przede mną peleton, tj. około 10 osób, wokół mnie kilka podobnie biegnących osób, a gdzieś daleko za mną setki pozostałych zawodników. Najdłużej koło mnie jest Barbora (Czechy) i Sebastián (Kolumbia). Czeszka narzuca tempo i widać, że ma więcej mocy od nas. Biegnie równo, miękko, aż miło patrzeć. Mówię do Kolumbijczyka: „la chica es fuerte!”, a on na to: „muy fuerte, Barbora terminator”. Po chwili dodaje: „masakra, kurwa…”.
35,3 km – miejsce 16
Dobiegamy do punktu na Borówkowej, więc połowa za nami. Marudzę tu nieco dłużej, bo dossałem się do arbuzów. Sebastián klepie mnie w ramię i pogania, więc pakuję jeszcze 2 kawałki banana do kieszeni i idziemy. Barbory już nie ma i już jej nie dogonimy.
48 km – miejsce 15
Na punkcie w Złotym Stoku czuję się nadzwyczaj dobrze. Przepaść w stosunku do zeszłego roku. Tu zacząłem wtedy mentalnie i fizycznie przegrywać i liczyć kilometry stąd aż do samej mety. Teraz jest inaczej. Natomiast mój towarzysz ma coraz większe problemy by nadążyć. Mimo to dziękuje mi, mówi, że robię dla niego dużo, że wyznaczając tempo, i że mam się nie obawiać, bo on mnie nie wyprzedzi. Złoty chłopak.
58,1 km – miejsce 13
Zostaję zupełnie sam z mojego dystansu i prawie do samej mety tak będzie. Próbuję się jakoś motywować, by najbliższe 6 km pod górę podbiegać, ale mam z duży problem, bo nie ma nikogo, z kim mógłbym się ścigać. W pewnym momencie dociera do mnie rzecz niebywała: czuję się względnie wypoczęty, mam niskie tętno, a moje mięśnie ostygły! Muszę to zmienić, więc zaczynam połykać osoby z innych dystansów, którzy się na tym etapie pojawili. Ci z najdłuższych tras idą, mając w nogach setki kilometrów, ale i tak stają się dla mnie punktem odniesienia. Dzięki nim przyspieszam.
Nareszcie jest! Ostatnie wzniesienie! Teraz już tylko kilka kilometrów zbiegu. Chowam kijki i wypada mi wiatrówka. Próbuję ją schować, ale bez powodzenia. Zwijam ją zatem w kulkę i trzymając w dłoni cisnę w dół. Nie mogę za szybko, bo grożą mi skurcze, więc biegnę tak, by mnie nie ścięło. 2 km przed metą spotykam kumpla, który przyjechał tu innych wspierać i kibicować. Biegnie teraz koło mnie i dodaje otuchy, więc przyspieszam.
8 godzin, 2 minuty i 59 sekund od startu przekraczam linię mety.
Open: #13
Mężyczyźni: #11
M40: #4
