Alpy – Saas Grund – Kolejkowo

1-go lipca 2026 późnym wieczorem wsiadamy w auto i we czwórkę (Aga, Asia, Rafał i ja) zmierzamy w kierunku Szwajcarii. Drezno, Norymbergia, Kitzbuhel, Basel, Bern, tunel do Goppenstein, potem Visp i Saas Grund, gdzie rozbijamy namioty przy samej kolejce. Resztę dnia odpoczywamy i obmyślamy nasze dalsze ruchy. Ten proces będzie się powtarzał każdego dnia, a nawet co kilka godzin, jeśli będzie taka potrzeba. Wszyscy rzucamy pomysłami, z których to każdy jest rozpatrywany, bo każdy wydaje się być równie dobry, albo i lepszy od poprzedniego. Nasze tzw. rozkminy i burze mózgów służą temu, by wybrać najlepszy możliwy wariant i ułożyć taki scenariusz wyprawy, by sprawił każdemu z nas najwięcej satysfakcji. Dlaczego nie możemy po prostu trzymać się planu, który był ustalony jeszcze przed wyjazdem? Ponieważ w górach jest zbyt dużo zmiennych, a najgorszą rzeczą, jaką można robić w Alpach w dzisiejszych czasach, to upierać się przy swoim, wbrew wszystkim i wszystkiemu. Podkreślam: opisana poniżej akcja to rezultat dobrej komunikacji i współpracy wszystkich czterech członków wyjazdu.

3 lipca

Na rozruch wybieramy ferratę Jägihorn. O 7:10 wsiadamy do pierwszej kolejki na Kreuzboden. Potem podejście pod ferratę (ok. 1,5 h) i po pokonaniu niesamowicie emocjonującej trasy wchodzimy na szczyt (… od kolejki). Była wspinaczka, ekspozycja, skała, drabiny, pręty, klamry, wiszący most, a nawet chwyty zrobione z kawałków skały przyśrubowanych do gładkiej, niemal pionowej płyty skalnej.

Info: trawers do mostu i sam most można ominąć łatwym terenem.

Info 2: droga zejściowa nie obejmuje żadnych trudności, więc dla tych, którzy chcą ominąć ferratę i zdobyć szczyt, mogą się na niego udać właśnie tą drogą.

Po zejściu do Kreuzboden (2400) podjeżdżamy kolejką do Hochsaas (3140). Tam w ramach spaceru-zwiadu podchodzę w pobliże przełęczy Lagginjoh (3499). Jutro rano będziemy z niej rozpoczynać wspinaczkę na Lagginhorn jego południową granią.

Przed godziną 16-tą zjeżdżamy kolejkami do Saas Grund (1553).

Info 3: w ramach noclegów na kampingach przejazdy kolejkami mamy za darmo. Obejmuje to w tych dniach nieograniczoną ilość przejazdów, ale wyłączony jest z tej oferty tzw. Metro-Alpin, czyli pociąg na Mittelallalin (3457).

4 lipca

O 7:30 podjeżdżamy po raz kolejny na Kreuzboden i od razu na Hochsaas i startujemy w kierunku przełęczy Lagginjoch. Na polach śnieżnych pod przełęczą przydają się raki. Da się też bez, i poza tym nie ma na trasie innych miejsc, gdzie by się przydały, ale szczerze: lepiej założyć, bo dodatkowy stresik nam niepotrzebny. Czekan nieprzydatny (nie mieliśmy zresztą).

Na grani (już bez raków), po przyjemnej skale zmierzamy w kierunku szczytu. Przez pewien czas niezwiązani, a potem dochodzimy do momentu, od którego stosujemy asekurację lotną. Nie będę próbował nawet określić, który to był moment, bo wszystko zależy od predyspozycji i samopoczucia grupy.

Ponieważ była to sobota, to na trasie było sporo zespołów, a czas podejścia niebezpiecznie się wydłużał. Szybko dotarło do nas, że na kolejkę nie zdążymy i będziemy musieli do późna schodzić do miasteczka (2500 metrów w pionie!). Część błędów popełniliśmy bez wątpienia sami, ale to, co dramatycznie nas spowolniło, to sposób poruszania się i tempo niektórych zespołów. Okresy bezczynności i oczekiwania momentami stawały się trudne do zniesienia.

Co najważniejsze jednak – szczęśliwie docieramy na szczyt i mamy satysfakcję ze zdobycia czterotysięcznika ciekawą, wspinaczkową drogą.

Zejście nie należało do łatwych, choć tym razem nie mam na myśli trudności technicznych. Sama trasa nie stanowi problemu (nie ma potrzeby się tam np. wiązać liną i asekurować), jednak długie przebywanie na tej wysokości dało się nam we znaki. Rafała pod szczytem dopada kryzys, który tysiąc metrów niżej mija tak samo nagle jak się pojawił. Asia tam u góry też słabnie w oczach, a po łyku magicznego napoju od Dzika puszcza bełta, prostuje się i mówi, że już jej nic nie jest, już jest zdrowa. Ich chwile słabości niepokoją Agę na tyle, że ta posyła mnie do pobliskiego schroniska Weissmieshütte (2726), by zapytać o potencjalny nocleg. Odpalam tryb ultra, i po zaledwie 15 minutach melduję się w schronisku. Obsługa zapewnia mnie o gotowości do niesienia pomocy, lecz zapobiegawcze działania okazały się jednak niepotrzebne. Gdy grupa za jakiś czas do mnie schodzi to okazuje się, że wszyscy są w dobrym stanie i chcą kontynuować zejście. Po krótkim czasie schodzimy w kierunku Kreuzboden.

W pobliżu stacji kolejki dzieje się rzecz niebywała. Wagoniki, które miały od kilku godzin nie kursować, przesuwają się leniwie w kierunku doliny. Widząc dla nas szansę zbiegamy ostatni odcinek i za zgodą obsługi pakujemy się do wagonika. W ten sposób pokonujemy ostatnie 800 metrów w pionie! Co za fart!

5 lipca

Dziś zaplanowaliśmy rest, ale i tak nie próżnujemy. Wjeżdżamy kolejką na Felskin, obczajamy teren, snujemy plany, wymyślamy warianty na kolejne dni. Składamy nawet wizytę w biurze przewodników w Saas Fee, gdzie dowiadujemy się o marnym stanie lodowca ze stacji Längfluh na Alphubel. Odradzają oni pokonywanie tego odcinka, więc ponownie uruchamiamy burzę mózgów i staramy się wybrać na najbliższe dni optymalny wariant. Ostatecznie robimy tak:

6 lipca

Wyjeżdżamy z Saas Fee na Felskin, a następnie (tu już wyskakujemy z 50 CHF każdy) bierzemy pociąg na Mittelallalin (3457). Stamtąd szybko (1,5 h) zdobywamy szczyt Allalinhorn (4027) przez przełęcz Feejoch (3810).

Następnie schodzimy z powrotem na przełęcz i w tym miejscu odbijamy na Feechopf (3888). Ten fragment trasy pokonujemy w parach z askeuracją lotną. Dopiero na Feechopf spinamy się jedną liną we czwórkę i wchodzimy na lodowiec. Podchodzimy pod kopułę szczytową Alphubela (w pobliżu Alphubeljoch, czyli ok. 3772 m) i tu skręcamy z wydeptanych w śniegu głębokich śladów i zmierzamy w kierunku południowo-wschodniej grani. Wybór okazał się słuszny, bo stąd, każdy swoim tempem, bez liny, dotarł do szczytu nie musząc obawiać się szczelin. Alphubel (4206) zdobyty!

Trawersujemy wierzchołek i granią, w paskudnej kruszyźnie, z iluzoryczną jedynie lotną asekuracją (ja i Rafał, bo dziewczyny robią to solo) dochodzimy do schronu na przełęczy Mishabeljoch (3847). Schron jest pełny zespołów, które w nocy wyjdą na Täschhorn (4491), na szczęście znajduje się w nim miejsce również dla nas.

7 lipca

Rano, z powodu silnego wiatru decydujemy się zmienić plan i przerobić inną drogę zejścia. Wybieramy zejście do Täsch przez lodowiec Weingartengletscher. Schodzimy po skałach na lód i dalej sprawnie w dół po – jak na razie – oczywistej trasie prowadzącej prawą stroną lodowca. Docieramy do pola szczelin i tu musimy nieco pogłówkować, by je ominąć. Decydujemy się na trawers po poziomicach na lewą stronę lodowca. To był strzał w dziesiątkę i po przedostaniu się na drugą stronę możemy ściągnąć raki, bo od tej pory będziemy poruszać się moreną. Teraz trasa jest gęsto oznaczona kopczykami, ale to nie powoduje, że sprawa jest w pełni oczywista. Drogę należało pokonywać w skupieniu, o czym świadczy fakt, że trzykrotnie korzystaliśmy z liny, by przyasekurować się na stromych i wysokich skalnych stopniach.

Kiedy dotarliśmy do cywilizacji, mieliśmy już sporo metrów przewyższenia w nogach. Kiedy rozłożyliśmy się na górskim parkingu na zasłużony odpoczynek, pościągaliśmy buty i zamierzaliśmy tak sobie poleżeć, to… jak za dotknięciem różdżki podjechała taksówka! Po utargowaniu ceny zjeżdżamy komfortowo do samego miasta. To prawie 800 metrów w pionie, które spędziliśmy w wygodnych siedzeniach.

Ekipa kupuje mi bilet i wysyła na drugą stronę góry po auto, a sami idą na kawę. Za nieco ponad 40 CHF najpierw szwajcarskim pociągiem, a potem „PKS-em” sprawnie przedostaję się do Saas Fee. Płacę za parking 15 CHF, zabieram auto i po 45 minutach jestem z powrotem w Täsch. Jemy zasłużonego kebaba i wracamy do Polski.

– END –

W wyprawie udział wzięli: Aga, Dziku, Rafał i Asia. Tekst: Dziku

Scroll to Top