Po lipcowej 70-tce na DFBG (mój pierwszy ultramaraton) nie planowałem więcej w tym roku takich startów. Namieszała tu Aga, która zapisała się na wrzesień na 57 km w Radkowie, a ponieważ forma rosła, to stwierdziłem, że też powalczę.
Na starcie ustawiam się z przodu, może nie w pierwszej linii, ale mniej więcej w takim miejscu, na którym chciałbym skończyć. Zatem sprawa wydaje się bardzo prosta, trzeba tylko utrzymać tę pozycję przez kolejne kilkadziesiąt kilometrów biegu po górach.
Ruszamy, a ja zaraz wskakuję tętnem w czwartą strefę, choć planowałem coś kompletnie innego. Miało być wyjątkowo inaczej, a było jak zwykle. Miał być spokojny start i pilnowanie planu PacePro z zegarka, tymczasem nogi mnie tak niosą, że po chwili zegarek pokazuje mi już kilka minut przewagi względem tego, co założyłem. Potem będzie to nawet -40 minut!
Mniej więcej po półtora kilometra wpadam w błoto, i to tak dosłownie, że aż muszę się ręką podeprzeć. Stwierdzam, że to dobry moment na wyjęcie kijków. Przede mną 56 km biegu, a ja mam teraz problem: jak złapać brudną od błota dłonią nowe kijki za milion złotych monet?!
Wzdycham i brudzę nowe karbonowe ultra wypasione w kosmos kijki. To będzie test dla nich, bo nigdy wcześniej z kijkami nie biegłem. Ale więcej o sprzęcie przeczytasz TUTAJ.
Mniej więcej co pół godziny pożeram galaretkę, albo żel. Zaraz na początku wypijam wodę, którą zabrałem do 0,5 litrowego softflaska, tak, by na kolejnym punkcie napełnić go izotonikiem. Kolor napoju serwowanego na punktach jest taki, że wiem, że nigdy bym dobrowolnie tego nie spróbował, no ale tu nie mam wyjścia. I jakież zdziwienie po pierwszym łyku! Smakuje wybornie! Jak kompot w przedszkolu! Jak zupka chińska wśród kompotów! Najwyższy sort.
Wracając do biegu: mam wrażenie, że od startu wyprzedza mnie kilkanaście osób, ale nie przejmuję się tym zbytnio. Co ma być, to będzie. Ja mam jeść, pić i przebierać nogami, a to jak na razie wychodzi mi świetnie. Przez pierwsze 20 km jednak mam problem z żołądkiem, przewraca mi się tam jak nie wiem co, więc rozglądam się, gdzie by tu w krzaki wskoczyć z chusteczkami. Zamiast tego jednak próbuję patentu: zatrzymuję się na siku, a następnie (już w biegu) luzuję pas biodrowy, bardzo ostrożnie puszczam bąka i… czuję komfort w żołądku! Wiercenie przeszło!
Uciekam tym, co mnie dogonili przy sikaniu. Udaje mi się też minąć kilka osób, a szczególnie mi to mijanie wychodzi na punktach żywieniowych. Zatrzymuję się tam jedynie na chwilę, dosłownie kilkanaście sekund, byle softflaska „izokompotem” napełnić. Inni mam wrażenie trochę tam marudzą. Jednak wciąż szacuję, że paręnaście osób jest przede mną.
W pewnym momencie na trasie mijam turystów, od których słyszę „jesteś siódmy, ale oni są słabsi”. Może mnie ściemniali, ale zrobili to dobrze. Jeszcze lepiej się poczułem, gdy wkrótce na zbiegu jakaś kobieta woła „świetnie! masz 6-tą pozycję i 15-16 minut straty do pierwszego!”. Raczej się nie zmówili i to nie podpucha, więc trzeba walczyć do końca. Zaraz potem dobiegam do punktu, gdzie znowu kogoś przeganiam. Jestem na piątej pozycji. Zaczynam wierzyć, że to wymarzone podium w kategorii wiekowej jest w zasięgu. Przez pewien czas nawet zagadywałem biegaczy o kategorię wiekową, ale dałem sobie spokój, gdy stwierdziłem, że chyba wszyscy tutaj są po 40-tce.
Mam w nogach 45 km, ale czuję się genialnie, do tego kijki dają moc na podbiegach, bo wykorzystuję siłę ramion, jednocześnie odciążając nogi. Idzie tak dobrze, że aż się prosi by się coś zdupiło. No i jest ku temu potencjał, bo ślad w zegarku idzie prosto, a wstążki na trasie skręcają w prawo. Na stromym podejściu widzę wprawdzie 2 zawodników, ale nie mam pewności, czy też się nie machnęli. Po jakichś 100 metrach decyduję się zawrócić i zbiegam. Napotykam innego zawodnika, słyszę „tak, ślad ucieka, ale oznaczenia są ok, pamiętam, bo biegłem tędy 2 lata temu”. Więc w tył zwrot i z powrotem cisnę w górę, co za strata sił i czasu! Ale mogło być zdecydowanie gorzej.
Tej dwójki, która mi w tym miejscu uciekła już nie dogonię. Za to mnie przegoni jeszcze jeden ultras, więc spadnę na szóstą pozycję. Wiem, że prawie wszyscy wkoło to moja kategoria wiekowa (z pierwszych 8 osób na mecie aż 7 będzie z M40), ale wg kalkulacji wciąż mam szansę na podium, bo kategorie open i wiekowe się tu nie dublują. Mogę zrobić jedno: zasuwać ile wlezie, co wcale nie jest takie łatwe i oczywiste. Po pierwsze: głównie biegnę sam, więc do ścigania się muszę szukać motywacji w sobie.
Po drugie: na ostatnim długim podbiegu (50-ty km) chwytają mnie skurcze w łydkach. Niesamowite jest jednak to, że stało się to dosłownie kilka kroków przed końcem wzniesienia. Lekko naciągam łydki, robię parę kroków, znów skurcze, znów staję, unoszę palce, i jeszcze parę kroków i… jestem na szczycie wzniesienia, a zatem nic mnie już nie zatrzyma – cisnę w dół!
Kilometr 57 i 58 pokonuję na zbiegu w tempie 4:30 min/km. Dobiegam na metę i przebijam piątki z tymi, co znaleźli się tam przede mną. Czuję się doskonale, osiągnąłem 6-tą pozycję w open oraz 2-gą w M40. Jest podium. Na dodatek Aga ze świetnym samopoczuciem kończy swój pierwszy ultramaraton i wbiega na metę. Co za dzień! Ziścił się wymarzony scenariusz.

PS. Jako wisienka na torcie doszła jeszcze pierwsza pozycja na podium w kategorii „Mistrzostwa Blogerów i Dziennikarzy”!
Open: 6 / 247
M40: 2
Blogerzy: 1

