Mental pod Ultra

Po zeszło-weekendowej setce [patrz artykuł „Ultra Orlich Gniazd (102 km)”] przychodzą pytania o przygotowania. Aż mnie to do nabazgrania artykułu skusiło. Bo ileż razy można odpowiadać „to zależy” oraz „i tak, i nie”?

Czy trzeba dużo biegać, żeby przebiec setkę? Pójdę na łatwiznę i zapytam AI…

No i AI nie pomógł za bardzo. Więc wracamy do pytania, czy dużo?

A co to jest dużo? Dla jednych 20 km tygodniowo, dla innych 120, a może i więcej. Ja trochę nasłuchałem się, jak to jest u innych (jednorazowo 50, albo i 60 km wybiegania, setka w sumie w każdym tygodniu) i teraz powiem, jak to u mnie wygląda. Skupimy się głównie na faktach, a wszędzie tam, gdzie teoretyzuję, to bierzmy poprawkę na to, że mogę za jakiś czas zmienić co do tego zdanie.

Jesteśmy przypominam w roku 2026 i jest styczeń, a ja będąc na wyprawie znajduję wolny poranek i przebiegam 26 km. Nie mam tam nawet butów do biegania, ale na asfalcie daję radę w jakichś tam Adidasach. Po powrocie robię jeszcze kilka treningów o długości do maksymalnie 16-tu kilometrów. ale w tej rozprawce skupiamy się na długich wybieganiach.
Całkowity dystans w styczniu: 106 km

W lutym nie mam w planie żadnych wybiegań, ale ostatniego dnia miesiąca startuję w maratonie górskim. Niestety już po 20 km z rywalizacji wykluczają mnie skurcze. Robię półtoragodzinny odpoczynek na trasie i dotruchtam jeszcze 10 do mety kończąc w ten sposób wyścig na krótszym dystansie.
Całkowity dystans w lutym: 130 km

W marcu brak długich wybiegań, jedynie „normalne” treningi.
Całkowity dystans w marcu: 146 km

W kwietniu raz robię dłuższe wybieganie i jest to 24 km. Niecałe 2 tygodnie później mam główny wyścig na dystansie 102 km z przewyższeniami ok. 1500 mH.
Dystans w kwietniu do daty biegu: 94 km

O co zatem chodzi?

I teraz to już wmieszamy trochę hipotez między fakty. Faktem jest, że od 20 lat aktywnie działam w górach. Zdobywam szczyty i doświadczam wszystkiego tego, co jest z tym związane. A obrany przeze mnie i ekipę styl był do tej pory surowy, bezlitosny. Nie działaliśmy na zasadzie, że podaj jedzonko, ponieś plecak, przewieź mnie kolejką i w ogóle francuskie pieski, czyli przynieś wynieś pozamiataj. Zamiast tego jechaliśmy całą noc autem, ładowaliśmy plecak na plecy, wnosiliśmy wszystko na jakąś tam wysokość, gotowaliśmy na kuchenkach, topiliśmy śnieg, marzliśmy, odwadnialiśmy się, cisnęliśmy się w namiotach, dźwigaliśmy, kopaliśmy, skrobaliśmy, wspinaliśmy się, jęczeliśmy, marzliśmy, pociliśmy się, baliśmy się, cierpieliśmy i popychaliśmy się wzajemnie do osiągania granic naszej wytrzymałości, bo zawsze trzeba było nie tylko na szczyt wejść, ale przede wszystkim: zejść z niego.

4 godziny biegu? 7? 12? Z kilkoma żelkami w kieszeni i punktami z nawodnieniem? Oznaczoną trasą? Przecież każde nasze zdobywanie szczytu to było kilkanaście godzin akcji. W terenie niepewnym, kruchym, albo skrajnie niebezpiecznym, jak w przypadku pokonywania labiryntu szczelin na lodowcu. Temu wszystkiemu zawsze towarzyszył stres, bo każdy krok w górę oznaczał dłuższą drogę w dół, a ta nie zawsze była oczywista. Wchodzenie na szczyt to nie zbliżanie się do mety, lecz oddalanie od niej, bo meta jest za plecami, na dole: na parkingu, przy namiocie, albo w miasteczku.

Czego się nauczyliśmy?
Że nawet jak jest dobrze, to może zaraz przyjść kryzys.
Że nawet jak świeci słońce, to może przyjść burza.
Że po burzy przychodzi słońce.
Że zmiana skarpet, albo umycie nawilżaną chusteczką pupy może zmienić losy wyprawy.
Że energię można czerpać od siebie nawzajem, a można też ją sobie odbierać.
Że kiedy trzeba to trzeba (np. iść) i nie ma zmiłuj się.
Że drobne błędy kumulują się i finalnie nie wybaczają.

Mógłbym tak wymieniać w nieskończoność, ale już teraz patrząc na to można zauważyć, że… to jest właśnie przygotowanie do ultra. To JEST ultra. Myśl, że będę biegł przez 11 godzin mijając po drodze 5 punktów odżywczych i że na końcu czeka mnie masaż mnie nie przeraża, a nawet myślę sobie „o kurde, ale luksus”.

W górach nikt na końcu na ciebie z medalem nie czeka. Rzadko kiedy masz ugotowane. Z reguły wyczerpany musisz zagarniać zmrożonymi rękami śnieg i go topić przez godzinę trzymając menażkę, by uzyskać kubek wrzątku. W międzyczasie naleci ci do tej menażki trochę śpików z nosa. Zalejesz nią parówki, a jak się podgrzeją to przelejesz do kubka z zupką chińską, żeby oszczędzić gazu i czasu.

I dlatego sądzę, że nie będę świecił przykładem, jak przygotować się do ultra. Bo choć uprawiam ten sport od niedawna, to moja głowa przygotowywała się do tego przez ostatnie 20 lat na ciężkich alpejskich szlakach.
W tym momencie możemy zadać kolejne pytanie: „to czy dużo trzeba chodzić po górach?”. Ale odpowiadając na to pytanie już całkiem byśmy się zapętlili.

Słuchaj swojej głowy, swojego ciała, jakie sygnały wysyła? Czy to, co robisz dodaje ci pewności siebie, czy jednak nie za bardzo? Czujesz się niepewnie robiąc na treningach jednorazowo 40 km? To może to nie jest sposób, może nie tędy droga? Czujesz, że niedzielne wybiegania po 60 km to jest coś, co cię wzmacnia? Świetnie! Ciśnij!

Rób wszystko to, co dodaje ci punktów życia, „hapeków”, pewności siebie. Unikaj tego, co ci to odbiera. Być może niezbędne będzie unikanie pewnego typu ludzi, może nawet z twojego najbliższego otoczenia. Wyszukuj sygnałów od świata, możesz je spotkać na każdym kroku. Uwolnij się od wszelkich barier. Niech wszystko, co się dzieje i wszystko co cię spotyka (nie zawsze będą to na pierwszy rzut oka pozytywne rzeczy) będzie przez ciebie odbierane jako błogosławieństwo i coś, co było absolutnie niezbędne, bo niosące naukę. Nie wierz w to, że wszystkim w koło się układa po myśli, a ciebie spotykają przykre rzeczy, jak nieudany start lub kontuzja. Źródło moich największych sukcesów jest pochodną porażki. Największy progres w bieganiu nastąpił po złamaniu 2 kości w stopie. Największy FLOW w wyścigu i sportowy sukces nastąpił na półmaratonie w Danii 10 dni po tym, jak podczas treningu wykręciłem kostkę i przez chwilę zastanawiałem się, czy w ogóle będę w stanie chodzić, ponieważ uszkodziłem torebkę stawową. Na najdłuższy przebiegnięty dystans zapisałem się w ten sam dzień, kiedy skurcze uniemożliwiły mi ukończenie innego wyścigu.

Siłę możesz czerpać absolutnie ze wszystkiego, nawet ze smutku i ze złości. Wiele emocji można spalić i zamienić w energię. A co nie dostarcza energii? Brak emocji, przeciętność, komfort. Ale tę myśl rozwinę jeszcze kiedyś w osobnym artykule. Bo życie zaczyna się poza strefą komfortu.

Scroll to Top