Pomysł, by wziąć udział w biegu 12-godzinnym wpadł mi do głowy zaraz po przebiegnięciu przez wszystkie miejscowości Gminy Dobroszyce. Te 53 km poszło szybko i z dobrym samopoczuciem, w dodatku polegając jedynie na instynkcie. Zero planowania, poza samym przebiegiem trasy, który miałem wgrany do zegarka już dwa lata temu, bo wówczas wpadłem na ten pomysł. Zatem zrealizowałem plan z sukcesem, lecz bez uczuć, na chłodno. Podobnie jak DFBG 70 km w lipcu i podobnie jak życiówka na 5 km w sierpniu.
Spoglądając na liczby, a liczby nie kłamią, uznałem, że jest to najlepszy czas na przebiegnięcie 12 godzin w pętli. A 6-ta edycja inicjatywy pod nazwą „Ultra Wrocław – Przegoń Raka” zorganizowanej przez Kilometry Pomocy trafiła się w odpowiednim miejscu, odpowiednim czasie i w odpowiedniej formie. W tym biegu nie będzie przegranych. Każdy, kto bierze udział, dorzuca się do zbiórki charytatywnej. Pomaga w ten sposób zarówno w zwiększeniu jej popularności, jak i w sposób wymierny, ponieważ wpisowe trafia na konto zbiórki.
Opłacam start i 2 tygodnie później melduję się na terenie stadionu olimpijskiego we Wrocławiu. Po drodze puszczam w aucie z głośników raz za razem „Come undone” w wykonaniu Adrenaline Mob. Jestem cudownie wyspany, wyluzowany, spokojny. Stan znieczulenia, wymarzony do takiego biegania, jakie mnie czeka.
Stawiam torbę na trawie przy bieżni, chodzę, rozglądam się, podpytuję uczestników i organizatorów. Tutaj koniec pętli, a tu rozpoczęcie kolejnej, tutaj pitstop z jedzeniem, a tędy prowadzi trasa. Na ten moment mi wystarczy, a reszty dowiem się w trakcie. W końcu będę się tu kręcił w kółko (dosłownie) przez kolejne 12 godzin.
Zdjęcia: Kilometry Pomocy / Sukta / Dziku Maniak / Michał Zając
1 h – tempo 5:28 (planowane 5:35)
Punktualnie o 7 rano pada sygnał do startu i ruszamy. Jest chłodno, idealnie, są pogaduchy i nowe znajomości. Biegnę szybciej niż planowałem, ale czuję się świetnie i decyduję się nadbudować zapas.
– Poznasz ich po nogach – mówi Tomek z EERLE.pl .
– Jak to po nogach?
– Ci co biegną od 7 rano, będą mieli czarne nogi, zresztą sam zobaczysz.
2 h – tempo 5:22 (planowane 5:35)
Biegnę coraz szybciej, choć wcale nie mam pewności czy to dobre. Daję się trochę nakręcić przez kilku biegaczy, którzy utrzymują nieprawdopodobne tempo. Zerkam na wyniki live na telefonie i widzę, że plasuję się koło 10-tej pozycji. Spokojnie, to dopiero początek, dziś nie wygra najszybszy, lecz najwytrwalszy.
3 h – tempo 5:30 (planowane 5:38)
Średnio co 40 minut ląduję w Toytoyu. Na szczęście tylko siku, więc wcale mnie to nie martwi. Wręcz bawi, bo za każdym razem korzystam z tego samego i stwierdzam, że powinien tam być mój numerek naklejony. Zaczynam przyglądać się tym pędzącym. Jeden z nich jest zapocony i nie wygląda mi to na taktykę na 12 godzin. Raczej przyszedł się wyszaleć. Planuję robić swoje i się nie przejmować, ale na wszelki wypadek zapamiętuję twarze i koszulki.
4 h – tempo 5:37 (planowane 5:40)
Spoconego już nie widzę, więc się wyszalał. Tego w spódniczce zauważam poza torem i też wygląda, jakby zakończył na dziś ściganie. Udaje mi się zagadać innego, który ma wciąż zabójcze tempo:
„Ale szybko biegniesz!”
„A bo ja dziś tylko 100 km i kończę.”
„Dlaczego? Może będzie żarło do końca.”
„W poniedziałek mam rehabilitację i nie chcę iść z zakwasami.”
5 h – tempo 5:36 (planowane 5:40)
Żegnamy się z chłodem poranka, zbliża się południe. Coraz częściej dolatuje do mnie moje nazwisko z głośników. To oznacza, że plasuję się w pierwszej trójce. Na wyniki live już nie zerkam, i więcej tego dnia nie będę. Nie mam na to ochoty, to efekt zmęczenia. Z komunikatów wychwytuję numer tego, co prowadzi, a z czasem rozpoznaję w tłumie biegaczy. Nr 23, koszulka Attiq, mam taką samą w domu, tylko bez rękawków, więc łatwo zapamiętać. Buduje przewagę, biegnie szybko, no trudno, najwyżej będę drugi.
6 h – tempo 5:53 (planowane 5:42)
Po raz pierwszy nie osiągam zakładanego tempa. Temperatura robi swoje, do tego trochę wieje. A może to co innego, może sam jestem sobie winny, bo się fizycznie nie przygotowałem i nadrabiam głową. Zwalniam, zaczyna mi się nie chcieć, idzie kryzys. Próbuję sobie wmówić, że jeśli dociągnę do końca szóstej godziny, to potem z górki, bo półmetek za mną. Ale to tak nie działa.
7 h – tempo 5:59 (planowane 5:45)
Siłą woli zbijam tempo poniżej szóstki. Robi się ciężko, ale odganiam wszelkie myśli. Zaczął się etap, w którym wszystko mnie denerwuje. Przede wszystkim ludzie. Wiem, że wspaniali, piękni, uśmiechnięci, czyniący dobro, walczący ze słabościami, ale… w moim stanie najdrobniejsze rzeczy powodują złość. Nie okazuję tego na zewnątrz, bo nikt tu niczym nie zawinił. Ale tego uczucia długo się nie pozbędę.
Lawiruję w tym tłumie (przez cały dzień pojawiło się na bieżni ponad 800 osób), przepycham się na trasie i przeciskam się w pitstopie. Wszędzie pogaduchy, przyjazna atmosfera, tylko, że dla mnie każdy krok w bok, czy do tyłu, to dodatkowy ból. Jednocześnie wiem, że to tylko moje zmęczone ciało i umysł, bo organizacja i uczestnicy to po prostu sztos. Najwyższy poziom.
8 h – tempo 6:57 (planowane 5:48)
Zauważam kolegę z rodziną. Człowiek, który odmieni dalszy przebieg zawodów, choć jeszcze o tym nie wiemy. Wpadł na chwilę i chce pomóc, skoro jest. Tym bardziej, że widzi, że jest mi ciężko i zaczyna działać.
Każe się położyć, unosi mi nogi. Obie na raz, pojedynczo, trzęsie nimi, a ja czuję ulgę. Nie muszę biec, jest cudownie. Przez całe trzy i pół minuty. Potem wstaję i znów biegnę, a przynajmniej tak mi się zdaje. Tylko, że przede mną biegnie chłopczyk, który ma 5 albo 6 lat. Rozmawia z kolegą, nieco starszym od niego. Rozmawiają bez żadnej zadyszki, biegną na luzie, a ja 2 kroki za nimi i nie jestem w stanie ich wyprzedzić! Próbuję przez kilkaset metrów i poddaję się. Kilkuletnie dziecko mi ucieka. Być może to jego pierwsze okrążenie dzisiaj, a moje nie wiem które, ale to nieważne, bo pokazuje mi, że póki co jestem bezsilny.
9 h – tempo 9:02 (planowane 5:50)
Michał bierze sprawę w swoje ręce, dosłownie. Ponownie każe mi się położyć i rozluźnia mi mięśnie. Mam w nogach 90 km i nie chcę już wstawać. Nie potrafię zresztą. Po całych 6 minutach cudownego odpoczynku kolega mnie podnosi i zaleca marsz.
– Przejdź się jedno kółko lub dwa – słyszę od niego.
Nie trzeba mnie namawiać. Do tej pory nie przeszedłem ani jednej pętli, jedynie małe fragmenty. Maszeruję więc przez półtorej okrążenia i czuję, jak mi pasek energii rośnie.
System zresetowany, czas walczyć o to, po co tu przyjechałem. Tym bardziej, że telefon pika, ludzie piszą, wierzą we mnie. To dodaje mi teraz sił, tak jak dzieci stojące z boku i przybijające piątkę. Z wszystkiego staram się czerpać energię.
Ale prawdziwa bomba to numer 23, ten w koszulce Attiq, tej niebieskiej, co mam w domu, tylko bez rękawków. Widzę, jak idzie przede mną z kubkiem i zdecydowanym krokiem schodzi z bieżni i przyjmuje medal. Nie wiem co się dzieje, ale skoro los chciał bym to zobaczył, to odbieram to, jakby chłop mi powiedział do ucha: „Oddaję Ci w prezencie pierwsze miejsce, nie spierdol tego”.
10 h – tempo 6:45 (planowane 5:52)
Ależ różnica, gdy z boku mam wymarzony support!
– Zjedz żelka!
– Zjadłem!
– Ostatniego zjadłeś godzinę temu!
– No dobra!
Michał sprawdza się perfekcyjnie. Kiedy wszystko mnie wkurwia, on dodaje mi sił i wiary w siebie. Wypatruję go na każdej pętli, nawet, gdy mi nic nie potrzeba. A gdy czegoś chcę, to komunikacja jest prosta:
– Żelek! – wołam.
– Dobra!
– Czerwone owoce! Albo nie! Cytryna!
– Biegnij! Podam!
A potem robi się na chwilę groźnie, bo pościg podobno jest pół okrążenia za mną. Odpuścić? Zadowolić się trzecim miejscem? Nie! Tyle wysiłku! Trzeba wytrzymać!
Łapię obroty, łapię rytm, zaczynam wierzyć.
11 h – tempo 6:03 (planowane 5:55)
Brodacz z czystymi nogami! Och! Ostatni element, który mnie tego dnia z równowagi wyprowadzał! Skoro miał czyste giry, to nie biegł od siódmej, musiał przyjechać później, a teraz kręci kółka jak szalony i pewnie chce jakiś swój rekord pobić. Ale i tak doprowadza mnie do szału za każdym razem gdy śmiga koło mnie! Oj, jak mnie to drażni…
Ale już pojawia się Michał, pokazuje ekran telefonu i woła:
– Dajesz liderze!
A więc mamy to, wskoczyłem na pierwsze miejsce i teraz trzeba je utrzymać.
Stopniowo podkręcam tempo i ciągle czuję się stabilnie. Znów zaczynam zagadywać do ludzi i czuję się jak w pierwszych godzinach biegu. A więc to prawda, co pisał Goggins: jeśli myślisz, że to kres twoich możliwości, to nawet nie dobiłeś do połowy swojego potencjału.
Tymczasem Michał każe się pilnować, bo teraz wszystko się może zdarzyć.
12 h – tempo 5:59 (planowane 6:10)
„NIE PRZYSPIESZAJ! PRZYSPIESZASZ! BIEGNIJ SWOJE!” – gdy to usłyszałem, to nie miałem wątpliwości, że jestem w domu. Chwilę wcześniej zdublowałem kolegę z drugiego miejsca. Sam mnie zagadał o liczbę kilometrów, czym wydał na siebie wyrok, bo stwierdził głośno, że jestem poza jego zasięgiem, i że odpuszcza.
Michał stwierdza, że odbieram ludziom chęć do biegania, że jak koło nich przebiegam to zwalniają.
Och, jak mi takie teksty dodają sił, ale nie chcę prowokować losu na koniec, więc zwalniam, słucham się „trenera”. Pilnuję jednak, by w tempie średnim z tej ostatniej godziny została piątka z przodu. To sprawa honoru.
Tuż przed 19-tą dowiaduję się, że po tej godzinie wciąż mogę dokończyć rozpoczętą pętlę. Do mety zatem zbliżam się koło godziny 19:03 i gdy wiem, że to już koniec, coś we mnie puszcza.
Kolana, mięśnie, wszystko staje się bezsilne, jakby odrobinę za wcześnie otrzymało sygnał. W tym stanie dowlekam się do linii mety i ściskam Michała.
Zrobiliśmy to! Pierwsze miejsce w biegu 12 godzinnym! W dodatku w debiucie! I mam czarne nogi, ale białe stopy! Jak Kenijczyk!
112 pętli!
121,5 km!
Stojąc na podium, zaledwie pół godziny po ukończonym biegu, już wiem, że chcę tu być za rok. To była najprawdziwsza przygoda życia!
Liczby
Liczba kroków przez cały dzień: 123 000
Średnia długość kroku podczas biegu: ~1 m
Liczba kroków podczas biegu: ~121 000
Spalone kalorie w ciągu dnia: 9 500
Spalone kalorie podczas biegu: 8 300
Czas aktywności: 12:03:15
W ruchu: 11:18:56
W marszu: 0:28:22
Brak ruchu: 0:16:47
Siedzenie lub leżenie: ~0:09:00
Średnie tętno: 142 bpm
Maksymalne tętno: 162 bmp
Suma pokonanej wysokości: 390 mH
Utrata płynów: 7,9 L
Dane z Garmina sparowanego z czujnikiem na pasie piersiowym.
