Ararat (5137 m n.p.m.)

Ararat

Prolog by Dziku

Poniższa relacja wyszła spod ręki Waldka – złotego człowieka, którego miałem przyjemność poznać podczas wspólnej wyprawy na Ararat.
Jego lekki styl pisania od razu „zniechęcił” mnie do tworzenia własnej wersji tej historii. Nie ma powodu, by to robić, gdyż Waldek oddaje emocje w tekście w sposób szczery, autentyczny.
Poniżej zamieszczam linki do jego profilu w socialmedia oraz strony www.

Dzień pierwszy trekkingu do Camp 1, 3200 m n.p.m.

Na wstępie kilka słów wyjaśnienia.

Podczas tej wyprawy skorzystałem z oferty biura 4CHALLENGE, specjalistów od górskich ekspedycji. Powiem szczerze – był to strzał w dziesiątkę. Profesjonalna organizacja, świetna atmosfera i poczucie bezpieczeństwa – wszystko to sprawiło, że mogłem w pełni skupić się na górskim wyzwaniu.

Choć to pierwszy dzień trekkingu, nie był to nasz pierwszy dzień w Turcji. Wcześniej czekał nas transfer do miejscowości Doğubayazıt, gdzie zaczęła się właściwa część przygody. Dlatego też pominę opowieści o mijanych miastach (choć Stambuł zasługuje na osobną relację!) i przechodzę od razu do konkretów.

Oficjalne rozpoczęcie ekspedycji miało swój wyjątkowy klimat, bo odwiedziliśmy malowniczy wodospad i wzięliśmy udział w uroczystym obiedzie, który symbolicznie otworzył naszą drogę na szczyt.

Góra Ararat – nie tylko góra.

Ararat to nie tylko najwyższy punkt Turcji – to także góra owiana legendami. Według tradycji, oraz przekazów biblijnych, to właśnie tutaj miała osiąść biblijna Arka Noego. To miejsce o ogromnym znaczeniu kulturowym, historycznym i duchowym. Dla mnie to również osobisty cel: wejście na wymarzony szczyt i spełnienie jednej z życiowych aspiracji.

Startujemy!

Naszą wspinaczkę rozpoczęliśmy od podjazdu samochodami na wysokość 2200 m n.p.m. Los od razu zafundował nam przygodę! Jedna z opon pękła z hukiem, dosłownie eksplodując na kawałki. Na szczęście potraktowaliśmy to z humorem – świetna okazja na foto-stop i podziwianie pierwszych panoram.

Następnie ruszyliśmy pieszo w górę, kierując się do pierwszego obozu położonego na wysokości 3200 m n.p.m. Choć szlak nie należał do najtrudniejszych technicznie, cały czas pięliśmy się pod górę, co dawało w kość. Szczególnie ostatnie 100 metrów przewyższenia stanowiło prawdziwe wyzwanie, ale właśnie takie momenty najbardziej zapadają w pamięć!

Po ponad czterech godzinach marszu dotarliśmy do obozu. Tam czekała na nas gorąca kolacja, chwilka odpoczynku i pierwsza noc spędzona w namiotach pod chłodnym, górskim niebem.

Dzień 2 – czas na aklimatyzację.

To kluczowy etap każdej wysokogórskiej wyprawy. Naszym celem był dziś obóz (Camp 2) na wysokości 4200 m n.p.m., gdzie spędziliśmy trochę czasu, by przyzwyczaić organizmy do rzadszego powietrza i mniejszej ilości tlenu. Dzięki temu możemy uniknąć objawów choroby wysokościowej i lepiej przygotować się na dalsze etapy wejścia.

Ale od początku…

Poranek przywitał nas rześkim powietrzem, ale już po chwili zza masywu Araratu zaczęło przebijać się słońce, zapowiadając piękny dzień. Śniadanie, które było serwowane w namiocie na wysokości 3200 m n.p.m., było tak bogate, że niejeden hotel mógłby się nim pochwalić. Po posiłku spakowaliśmy prowiant i ruszyliśmy w górę.

Wędrówka do Camp 2 prowadziła przez kamienisty, miejscami stromy szlak. Im wyżej, tym bardziej wymagający stawał się teren, kilkukrotnie trzeba było wspinać się po dużych, powulkanicznych kamieniach. Co jakiś czas mijały nas konie transportujące sprzęt i zapasy.

Ostatnie 300 metrów przewyższenia dało się we znaki, bo wiatr przybrał na sile, a każdy oddech, który na tej wysokości i tak był ciężki stawał coraz trudniejszy. Ale widok Camp 2 na wysokości 4200 metrów wynagrodził cały trud. Na miejscu czekała na nas gorąca Turecka zupa, która smakowała jak najlepszy posiłek świata.

Po około godzinie aklimatyzacji w obozie wróciliśmy tą samą trasą do Camp 1 (3200 m n.p.m.), gdzie czekała na nas obiadokolacja i nocleg w namiotach. Cała dzisiejsza wyprawa zajęła nam około 6 godzin.

Dzień trzeci trekkingu

Lodowaty poranek i marsz do Camp 2 na wysokości 4200 m n.p.m.

Dzisiejsza noc nie rozpieszczała, gdyż temperatura spadła do -10°C, co jak na przełom czerwca i lipca było solidnym zaskoczeniem. Gdyby nie mój śpiwór przystosowany do ekstremalnych warunków, pewnie długo bym tej nocy nie zapomniał… Poranna toaleta? Cóż – mycie się w lodowatej wodzie przy takiej temperaturze to przeżycie samo w sobie! Na szczęście zza masywu Araratu zaczęło wyglądać słońce, obiecując cieplejszy i pogodny dzień.

Po królewskim śniadaniu serwowanym na wysokości 3200 m n.p.m. (smakowało jeszcze lepiej niż brzmi!), ruszyliśmy dobrze już znanym szlakiem w kierunku Camp 2 na wysokość 4200 m n.p.m.

Szlak cały czas prowadził ostro w górę. Na szczęście słońce coraz mocniej przygrzewało. Ostatnie 300 metrów przewyższenia dało się jednak we znaki, bo było stromo i wymagająco, ale mimo wszystko szło się lepiej niż dzień wcześniej. Co jakiś czas mijały nas konie transportujące sprzęt – dla nich to codzienność, dla nas –niesamowita przygoda.

Po około 3 godzinach trekkingu dotarliśmy do Camp 2. Czekała tam na nas ciepła obiadokolacja i… bardzo poważna odprawa.

Lider wyprawy sprawdził nasz sprzęt przed jutrzejszym atakiem szczytowym. Ostrzegł, że ten ostatni etap będzie dziesięciokrotnie trudniejszy niż wszystko, co przeszliśmy do tej pory.

Dlaczego? Bo znowu czeka nas 1000 metrów przewyższenia, ale tym razem na odcinku zaledwie 2,5 km, czyli stromo jak diabli. Do tego lodowiec, zimno, możliwe objawy choroby wysokościowej, wiatr, zmęczenie i brak snu – start planowany jest po północy.

Usłyszeliśmy ważne słowa: „Jeśli nie czujesz się na siłach – nie ryzykuj. Góry były i będą. Zdrowie i życie masz tylko jedno.”

Nieco przytłoczeni powagą sytuacji, wcześnie położyliśmy się spać. Czas na regenerację, bo jutro najważniejszy dzień całej wyprawy.

Dzień czwarty trekkingu – atak szczytowy!

To nie był zwykły dzień. To był ten dzień – kulminacja całej wyprawy, dzień, na który czekaliśmy od początku, emocje sięgały zenitu, wschód słońca, rześkie powietrze, adrenalina w żyłach i jeden cel przed oczami – 5137 m n.p.m.

Czwarty dzień trekkingu na Górę Ararat oznaczał jedno: ATAK SZCZYTOWY!!! Zaczynamy – czas poczuć, jak smakuje szczyt!

Pobudka jeszcze przed północą. Cisza, ciemność i mroźne powietrze, które natychmiast przypomina, że jesteśmy wysoko w górach, gdzie czas płynie inaczej, a każdy ruch wymaga wysiłku. O porannej toalecie można tu jedynie pomarzyć,to kilka przetarć wilgotnymi chusteczkami, szybkie szczotkowanie zębów przy użyciu lodowatej wody i… gotowe.

Na stole czeka „śniadanie”. Choć w rzeczywistości to raczej coś na kształt lekkiej przekąski, bo o tej porze i z tą ilością adrenaliny w ciele, trudno mówić o apetycie. Myśli krążą wokół jednego: atak szczytowy.

Jeszcze tylko ostatnie spojrzenie na sprzęt gdyż wszystko musi być gotowe, później nie będzie już miejsca na błędy. Przypominamy sobie wskazówki z wczorajszej odprawy. Czołówki zapalone. Milcząco, krok za krokiem, ruszamy pod górę. Przed nami ciemność, zimno i wyzwanie, którego nie da się zapomnieć.

Ruszyliśmy. Tuż przed pierwszą w nocy, w świetle czołówek, zaczęliśmy wspinaczkę. Krok za krokiem, w milczeniu idziemy z pełnym skupieniem. Szlak nie dawał taryfy ulgowej: ostre nachylenie, osypujące się szutry, powulkaniczne głazy, przez które trzeba było się wspinać z coraz większym wysiłkiem. Każdy krok wymagał uwagi. Czasem pod nogami pojawiał się lód.

Słychać było rytmiczny dźwięk wbijanych kijków trekkingowych i ciężki oddech wszystkich uczestników marszu. Każdy z nas walczył ze swoim zmęczeniem i własnymi myślami.

Co godzinę zatrzymywaliśmy się na krótki odpoczynek, to kilka łyków gorącej herbaty, odrobina wody, szybki baton energetyczny. Nikt nie mówił wiele i dalej w górę.

Około trzeciej nad ranem niebo zaczęło się rozjaśniać. Wtedy, jakby nagroda za nocny trud, pojawił się niezwykły widok: cień Araratu, olbrzymi i majestatyczny, rzucany na okoliczne doliny. Widok nie do opisania. Chciało się stanąć i patrzeć bez końca, Alenie, nie teraz, bo przed nami wciąż był szczyt.

Wspinaczka trwała dalej. Stromizna nie odpuszczała. I wtedy przyszedł kryzys.

Zatrzymałem się. Spojrzałem w górę. Daleko widać było inne ekipy, jak kropki zawieszone w przestrzeni, niemal nieosiągalne. Myśl: „Co ja tu robię?” Zmęczenie zaczęło mówić coraz głośniej: „Nie dam rady, nie mam już siły, może lepiej zawrócić?”, brakowało mi tchu.

Ale wtedy spojrzałem w dół. Tam też widać było ludzi. Inne ekipy, które nadal szły. Krok za krokiem.

I wtedy przyszła inna myśl: „Skoro oni idą, to ja też dam radę.”

Około godziny siódmej dotarliśmy do podnóża lodowca. Wreszcie szlak „lekko się, wypłaszczył” — ale uwaga, to słowo „lekko” jest tutaj kluczowe!

Założyliśmy raki, przygotowując się na lodową przygodę, która miała zadecydować o powodzeniu całej wyprawy. Po kilku minutach marszu po lodowcu naszym oczom ukazał się wierzchołek Araratu, tej magicznej, mistycznej góry, która od początku była naszym celem. Już tylko niespełna godzina marszu dzieliła nas od spełnienia marzenia. Zmęczenie powoli ustępowało miejsca uśmiechowi i uczuciu, którego nie da się opisać słowami, to było coś więcej niż satysfakcja, to była czysta euforia.

I wreszcie potwornie zmęczony, ale niezmiernie szczęśliwy wraz z moją grupą stanąłem na szczycie majestatycznej Góry Ararat. Jest! Mój wymarzony szczyt zdobyty! Mój pierwszy w życiu pięciotysięcznik! Cel wyprawy osiągnięty, a jedna z najważniejszych życiowych aspiracji spełniona.

Nasza grupa eksplodowała radością. Wspólne gratulacje, uśmiechy, pamiątkowe zdjęcia i chwile, które zostaną z nami na zawsze. Energia i duma biły z każdego z nas. To był triumf, którego smak będziemy pamiętać do końca życia.

Choć była dopiero ósma rano, lokalni przewodnicy nie tracili czasu. Zaczęli zbierać grupy i kazali nam schodzić. Wiedzieli jedno, iż przed nami wciąż ogromny wysiłek: ponad 8 kilometrów stromego zejścia i prawie 2000 metrów różnicy wysokości. To miała być druga połowa wyzwania.

Z radością, ale i wyraźnym zmęczeniem, zaczęliśmy zejście. Nogi jeszcze drżały po ataku szczytowym, ale adrenalina trzymała nas na powierzchni. Przy podnóżu lodowca zdjęliśmy raki i pierwszy mały znak, że wracamy do świata „niższych partii gór”.

Niektórzy uczestnicy byli na granicy wyczerpania. Ja sam poczułem, że coś jest nie tak miałem potworny ból głowy, zawroty, mdłości… typowe objawy choroby wysokościowej. Każdy krok w dół toczył się jak walka, ale nie z górą, ale z własnym organizmem.

W dole dostrzegliśmy nasz przedostatni cel, czyli obóz (Camp 2), na wysokości 4200 m n.p.m. Z tej odległości namioty wyglądały jak pudełka od zapałek. Maleńkie, nierealne, jakby ktoś je odległością przykleił do horyzontu.

Szliśmy powoli, bardzo powoli. Każdy z nas miał swój rytm: krok po kroku, przystanek, kolejny krok… niektórzy przysiadywali z wyczerpania, czasem z poślizgu. Liczyłem czas w kwadransach, a namioty wciąż zdawały się być tak samo daleko. Czas płynął inaczej.

W końcu, około jedenastej, dotarliśmy do Camp 2. Tam czekało na nas coś, co wtedy smakowało jak danie z pięciogwiazdkowej restauracji, czyli gorąca zupa. Po niej, ponad godzina odpoczynku i krótka drzemka w namiocie. Tak bardzo potrzebna, tak bardzo zasłużona.

Po krótkim odpoczynku czekał nas ostatni etap tej wyczerpującej, ale niesamowitej wędrówki, zejście do obozu (Camp 1) na wysokości 3200 m n.p.m. Pierwsze 300 metrów przewyższenia to była naprawdę stroma i wymagając. Każdy krok trzeba było stawiać ostrożnie.

Później teren nieco się wypłaszczył, zejście stało się łagodniejsze, ale droga nadal dłużyła się niemiłosiernie. Z daleka dostrzegliśmy namioty Camp 1, które wyglądały jak kolorowe punkciki. Choć przewyższenie było podobne jak w przypadku wcześniejszego odcinka do Camp 2, to tym razem dystans był trzykrotnie większy, a więc i bardziej odczuwalny.

Na szczęście zaczęło powoli odpuszczać. Ból głowy, zawroty i mdłości, które wcześniej mocno dawały się we znaki, teraz zaczęły wyraźnie słabnąć. Ciało nadal było zmęczone, nogi stawały się coraz cięższe, ale umysł miał już jedno w głowie: obóz, chwila wytchnienia i świadomość, że udało się przejść cały ten dzień pełen emocji, wysiłku i walki z samym sobą.

W końcu, po godzinie piętnastej, dotarliśmy do ostatniego punktu dzisiejszej wymagającej wędrówki -obozu Camp 1. Zmęczeni jednakże przepełnieni dumą i satysfakcją, że zdobyliśmy Ararat. To uczucie było nie do opisania, bo wiedzieliśmy, że właśnie osiągnęliśmy coś naprawdę wyjątkowego.

Szybka toaleta, w warunkach górskich bardziej symboliczna niż praktyczna, i od razu zasiedliśmy do zasłużonego posiłku, który był połączeniem obiadu z kolacją. Zmęczenie na chwilę zeszło na drugi plan. Przy talerzach nie milkły rozmowy, emocje buzowały, a każdy z nas dzielił się swoimi wrażeniami z dzisiejszego wyczynu. Towarzyszyły nam śmiech, duma i euforia.

Choć emocje wciąż trzymały nas mocno, szybko udaliśmy się na zasłużony odpoczynek i poszliśmy szybko spać.

Dzień piąty naszej przygody. Czas na Doğubeyazit!

To już piąty dzień niezapomnianej wyprawy na majestatyczny Ararat, a dzisiejszy etap zatrzymał nas w niezwykle klimatycznym Doğubeyazit.

Obudziliśmy się wypoczęci, choć w nogach wciąż czuliśmy trudy wczorajszego wysiłku. Poranek rozświetlił się spektakularnym wschodem słońca, a złote promienie zapowiadały kolejny piękny dzień. Po szybkiej porannej toalecie udaliśmy się na śniadanie, które jak zawsze było serwowane w prawdziwie królewskim stylu. Oczywiście jedliśmy je na wysokości aż 3200 metrów nad poziomem morza. Smakowało jeszcze lepiej, bo towarzyszyła nam euforia i żywe rozmowy po wczorajszym zdobyciu szczytu. Emocje nadal buzowały, adrenalina nie zdążyła jeszcze opaść.

Po śniadaniu przyszedł czas na pakowanie. Nasze rzeczy zostały przetransportowane w dół na końskich grzbietach. Przed nami ostatni etap tej przygody – zejście do doliny, do miejsca, gdzie wszystko się zaczęło.

Schodziliśmy przez ponad dwie godziny. Co jakiś czas mimowolnie odwracaliśmy się za siebie. Za naszymi plecami był wciąż ten sam potężny, majestatyczny Ararat. Patrzyliśmy na niego z mieszaniną wzruszenia, dumy i niedowierzania. Udało się. Weszliśmy tam, gdzie wcześniej tylko patrzyliśmy w górę.

W końcu dotarliśmy na dół. Znów byliśmy w miejscu, gdzie kilka dni wcześniej zaczynała się nasza przygoda. Wtedy przyszło to trudne do opisania uczucie, bo ulga przeplatała się z radością, a radość z żalem. Bo coś się skończyło. Ale też coś nowego się zaczęło.

Po pięciu intensywnych dniach spędzonych w górach, na koniec naszej górskiej wędrówki wreszcie pojawiły się pierwsze oznaki powrotu do cywilizacji. W oddali dostrzegliśmy busy, które zawiozły nas do hotelu, gdzie czekał na nas prawdziwy luksus – wymarzony, gorący prysznic.

Choć marzyliśmy o odpoczynku, niedane nam było zbyt długo rozsiąść się w hotelowych pokojach. Nasi niezawodni lokalni przewodnicy przygotowali na ten dzień kolejne niespodzianki, dzięki którym przygoda nadal trwała.

Wyruszyliśmy na zwiedzanie imponującego Pałacu Ishaka Pashy, miejsca pełnego historii, legend i niezwykłej architektury. Pałac Ishaka Pashy to jedno z najpiękniejszych dzieł osmańskiej architektury w Turcji, położony na wzgórzu niedaleko Doğubeyazıt, z zapierającym dech widokiem na dolinę i góry. Budowa pałacu rozpoczęła się w 1685 roku z inicjatywy Ishaka Paszy, lokalnego władcy, i trwała aż do 1784 roku, przez co łączy w sobie elementy stylu osmańskiego, perskiego oraz seldżuckiego. Kompleks miał charakter obronno-rezydencjonalny, a na jego terenie znajdowały się nie tylko komnaty mieszkalne, lecz także meczet, kuchnie, lochy i harem. Jedną z ciekawostek jest to, że pałac wyposażony był w system centralnego ogrzewania – prawdziwa rzadkość jak na tamte czasy.

Następnie odwiedziliśmy Noah’s Ark Visitor Center, gdzie mogliśmy na własne oczy zobaczyć miejsce, które według wielu przekazów wiąże się z jedną z najstarszych historii ludzkości. Noah’s Ark Visitor Center uważane jest za miejsce osadzenia się Arki Noego. To miejsce o ogromnym znaczeniu kulturowym, historycznym i duchowym. Według tradycji, oraz przekazów, badań naukowych; to właśnie tutaj miała osiąść biblijna Arka Noego. Gdy tylko pojawia się temat Góry Ararat, niemal zawsze towarzyszy mu tajemnicze hasło: „W poszukiwaniu Arki Noego”, to jakby sam szczyt skrywał sekret jednej z najstarszych opowieści ludzkości.

Przez cały dzień nie opuszczał nas widok na majestatyczną, a jednocześnie ujarzmioną przez nas górę Ararat – jakby z dumą przypominała o naszym zwycięstwie. Ten dzień był pełen kontrastów, od surowego piękna gór do powrotu cywilizacyjnych wygód, aż po duchową podróż w przeszłość podczas zwiedzania miejsc pełnych historii. Zmęczenie czuliśmy w każdym kroku, ale emocje wciąż pulsowały, a serce biło szybciej, jakbyśmy chcieli, aby ta przygoda nie chciała się kończyć.

Dzisiejszy dzień zakończył się w wyjątkowy sposób, uroczystą kolacją. Organizatorzy naszej wyprawy raz jeszcze pogratulowali zdobycia szczytu, a każdy z uczestników otrzymał pamiątkowy dyplom, który już na zawsze będzie przypominał o tej niesamowitej przygodzie.

Epilog by Dziku

To była moja czwarta wyprawa jako lidera w koszulce 4challenge. Za każdym razem czegoś się uczę, za każdym razem się staram. Wykorzystuję swoje doświadczenie i energię i dzielę się nimi z klientami, ale nie jest to jednostronna transakcja. Ich emocje są dla mnie paliwem, siłą napędzającą, motywacją, by jeszcze bardziej się starać. Dzięki takim wyprawom się spełniam, więc robię to z sercem, i za to otrzymuję nagrodę w postaci takich przygód, jak te opisane powyżej. Plus ci ludzie, z którymi moje drogi się krzyżują. To wszystko składa się na wartość bezcenną.

Scroll to Top