Maraton <3h

Tydzień po COB startuję w maratonie w Poznaniu. To już 13-ty wyścig w tym roku, w dodatku plan był inny. Miałem potrenować przez zimę i na wiosnę podjąć próbę złamania 3 godzin w maratonie ulicznym. Jednak wszystko, co w tym roku się wydarzyło utwierdzało mnie w przekonaniu, że mogę podjąć próbę już na jesień. Jadę więc do Poznania ze spokojną głową, bo wiele w tym roku osiągnąłem i nic nie muszę udowadniać, jednocześnie zamierzam walczyć od początku do samego końca.

Na starcie pełen spokój, ustawiam się koło pacemakerów i zamierzam (po raz pierwszy w życiu) korzystać z ich pomocy. Z głośników leci muzyka (O Fortuna), klaszczemy, robi się mocno mobilizujący klimat, strzelają petardy, leci dym, startujemy.

Trzymam się grupy skupionej wokół pacemakerów i jest gęsto. Nie przypomina to w niczym biegów górskich, gdzie z reguły biegnę sam. Aż trudno uwierzyć, że z tych setek ludzi tempo utrzyma może kilkanaście. Kilku z nich wyrwie do przodu i osiągnie lepszy wynik, ale zdecydowana większość wymięknie. Kilkanaście dobiegnie razem do mety. Tyle z moich obserwacji.

Po kilku kilometrach stwierdzam, że trochę za bardzo chce mi się sikać i nie ma sensu tego trzymać. Przy ostatnich trzcinach na Malcie zbiegam i robię siku, potem zaczynam gonić grupę. Kiepski moment wybrałem, ponieważ to w tym miejscu zaczynają się podbiegi koło zoo, ale zaprawiony w biegach górskich daję radę. Wkrótce znów biegnę z pacemakerami: Michał i Mieszko. Chłopaki robią wspaniałą robotę i ogarnia mnie wzruszenie gdy o tym myślę. To jest doświadczenie, które mogę porównać jedynie do wspólnej wspinaczki na szczyt w trudnych warunkach. Oni zaoferowali wszystko co mieli, byśmy my mogli osiągnąć swój cel.

Jakieś 18 km przed metą czuję, że zaczyna mi brakować oddechu. Widzę na poboczu niedobitki, czyli ludzików, którzy cisnęli dużo szybciej ode mnie, ale teraz ledwo są w stanie stać lub chodzić. Ja nieustannie biegnę ze stałym tempem, które musi wynosić średnio około 4:15 min/km, żebym miał szansę spełnić marzenie i nie powtarzać tego na wiosnę. Wpadam w dziwny stan, kiedy to nie chcę by cokolwiek mnie z niego wytrącało. Kibice zaczynają mnie autentycznie wk..wiać, co jest dosyć zaskakujące, ponieważ po maratonie w Chorzowie moja relacja o roli kibiców wygrała główną nagrodę w konkursie. Dziś jest inaczej, wolałbym być sam. Próbuję odciąć swoją głowę od reszty ciała, a te okrzyki i muzyka mnie rozpraszają. Nawet przebiegnięcie przez stadion nie robi na mnie większego wrażenia, ponieważ od tego momentu moje oczy są już głównie zamknięte.

Kiedy dobiegam do ostatniej prostej pacemakerzy w magiczny sposób znikają, a ja zostaję sam, wraz z kilkoma niedobitkami. Przyspieszam i finiszuję w tempie poniżej 4 min/km, ponieważ chcę mieć pewność, i ponieważ wiem, że zaraz będę mógł przestać biec. Przebiegam metę w czasie brutto 2:59:20 i zawisam na barierce, gdzie odlatuję na chwilę w nieświadomość. Potem kręcę się w tej strefie dłuższą chwilę, a każdy, kto na mnie spojrzy wie, że jestem na granicy. Trochę bredzę, trochę nie ogarniam, ale jestem szczęśliwy.

Mój finalny czas netto to 2:59:09
Open: 151 / 4097
M45: 18/471

Na koniec po masażu i posiłku zapewnionego przez organizatora wsiadam na rower. Przejeżdżam przez miasto kilka kilometrów do auta zostawionego na parkingu, a następnie prowadzę 2,5 godziny do domu. Adrenalina wciąż działa i czuję się na siłach.
Cztery dni później pojadę w Alpy.

Scroll to Top