Zbyt wiele razy chodziło mi po głowie ostatnio, że to chyba koniec z moim bieganiem, żebym miał to pozostawić bez głębszej analizy. A jest co porozkładać na czynniki pierwsze, bo przez ostatnie 3 lata każdego dnia myślałem o czymś, co jest związane z bieganiem. To mogła być kwestia nowych butów, zawodów, czasów, treningów, czy suplementów, ale zawsze coś po głowie chodziło. Już tak mam, i zapewniam, że to możliwe, bo wcześniej przez 18 lat nie było dnia, bym nie myślał o czymś, co było związane z górami. SERIO.
I ni stąd, ni z owąd, budzę się gdzieś w okolicy pierwszego lipca 2026 i… pustka. W rezultacie w lipcu wyszedłem na trening tylko RAZ. Na dodatek to, co miałem tego dnia przebiec, wymęczyłem tak, jak się człowiek męczy psychicznie, kiedy robi coś, czego kompletnie nie czuje. A na dodatek kilka dni później miałem biec górski ultramaraton.
Zapłacone, to pojechałem. Czułem się dokładnie tak, jakbym poszedł na koncert, na który kiedyś zakupiłem bardzo drogi bilet, ale w międzyczasie przeszła mi kompletnie ochota na słuchanie tego typu muzyki. Na start biegu na dystansie 70 km jechałem bez żadnych emocji. O 4 rano czekałem na sygnał do startu totalnie pusty w środku. Mało tego, nawet biegłem przez 8 godzin nie odczuwając niczego. Zaskoczeniem było dla mnie to, że do mety dobiegłem 11-ty spośród 276 startujących tego dnia mężczyzn. Już to było zastanawiające i mogło zapalić się w mojej głowie światełko, że sprawa jest nieco bardziej złożona niż to, że po prostu przeszła mi ochota na bieganie.
W tym samym miesiącu udałem się na wyprawę do Ameryki Południowej, a zatem dylematu „trenować, czy nie trenować” nie było. Zbyt byłem tam zajęty maszerowaniem po tamtejszych kordylierach. Ale będąc skrupulatnym człowiekiem odnotuję, że zmagając się z jetlagiem zaliczyłem tam krótką, poranną przebieżkę po Limie.
Kolejny raz buty do biegania założyłem w połowie sierpnia, zachęcony przez sąsiadów do wspólnego potruchtania. Tydzień później, będąc z dziećmi w Słowenii, zmusiłem się by znów potruchtać, a następnie podjąłem się wyzwania i „dojechałem się” na pobliskiej górze. Wciąż bez żadnych uczuć, poza tym, że pragnąłem w ten sposób odciągnąć myśli od osobistych problemów.
Przełom
Po powrocie, w końcówce sierpnia, wystartowałem w Dobroszyckiej Piątce, bo zawody pod domem, bo krótko, bo fajna atmosfera… Kończę na 4-tym miejscu w open z życiówką poprawioną o 40 sekund (18:04). Zacząłem się zastanawiać, co tu się właściwie dzieje. I już nie chodzi mi nawet o to, w jaki sposób jestem w stanie biec z tempem 3:36/km, skoro od ponad 2 miesięcy nie wszedłem w strefę beztlenową. Ba! Od 2 miesięcy nie byłem w stanie nawet przeczytać jednego artykułu o bieganiu, nie obchodziły mnie zawody, zawodnicy, rekordy, sprzęt (włączając buty!), ani suplementy. Ale coś zaczęło mi świtać.
Więc już 12 godzin po wyżej wymienionym wyścigu wstałem rano i zrealizowałem zalegający projekt. Chodziło o przebiegnięcie pętli o długości 53 km i „zaliczenie” wszystkich tablic miejscowości w gminie. Z marszu, bez zaplecza, za paroma żelkami w kieszeni, które zostały mi po lipcowym starcie w Lądku. I podobnie, jak poprzedniego dnia na zawodach nie czułem tego co kiedyś. Ale tym razem nie doszukałem się w tym problemu. Po prostu robiłem swoje i poszło jak po maśle.
Konkluzje
Tuż po dobiegnięciu do celu zapisałem się na kolejne zawody i zacząłem myśleć o kolejnych projektach. Może właśnie na to jest teraz czas? Może tego potrzebowałem? Zmiany? Spontaniczności? Poczucia wolności? Bo mogę, ale nie muszę. I nie wiem ile to potrwa, może tydzień, a może pół roku. Zależy też, na ile forma wystarczy, bo zdaję sobie sprawę, że wykorzystuję potencjał, jaki zbudowałem podczas rocznej, sumiennej pracy pod zdalnym, ale jednak nadzorem fachowca. Nie będę też tego jednak rozkładał na czynniki pierwsze, po prostu zrobię kilka rzeczy, które mi sprawią frajdę. Może już bez tych emocji, co kiedyś, bez takiej adrenaliny, przejmowania się i ekscytacji. Ale może to właśnie kolejny etap? Może to zagra na moją korzyść? Sprawdzę tę teorię. A potem może wrócę do regularnych treningów, dzięki którym przecież tyle zyskałem.
Karolina, dziękuję za wspólnie przepracowane 10 miesięcy. Nie zapomnę, jak sprawdzałem na filmach jak się robi skipy, albo jak się żaliłem, że „wykroków to się tyle nie da, bo boli”. Dzięki Tobie zrobiłem postęp w tych wszystkich aspektach, o których albo nie miałem pojęcia, albo mi się po prostu nie chciało. To był czas, kiedy zawsze mogłem powiedzieć: nie trenuję dużo, trenuję mądrze. Teraz skorzystam z owoców i trochę podziczeję. Buziaki!
